Theo Bleckmann – Elegy (poleca Szymon Nidzworski)

Nowojorski wokalista niemieckiego pochodzenia, Theo Bleckmann, debiutujący w wytwórni ECM solowym albumem „Elegy”, to moja propozycja na album roku 2017. Bleckmann objawia się tutaj nie tylko jako obdarzony niezwykle czystą barwą głosu oraz dysponujący niesamowitą techniką wokalista, ale przede wszystkim zachwyca jako kompozytor.

Ważną wskazówkę co do zawartości krążka stanowią słowa samego Bleckmanna: „każdy utwór odwołuje się do śmierci i transcendencji w pewien egzystencjalny sposób”. Otwierający album, tytułowy „Elegy”, wprowadza nas w ujmującą, kontemplacyjną i wzruszającą opowieść. Krystaliczne wokalizy Bleckmanna, połączone z brzmieniem znakomitej sekcji w składzie: Shai Maestro na fortepianie, Ben Monder na gitarze, Chris Torbini na kontrabasie oraz John Hollenbeck na perkusji, sprawiają wrażenie kolektywu doskonałego. Przemyślana w każdym detalu narracja sącząca się przez 12 utworów tego albumu prowadzona jest w mistrzowski sposób. Uwielbiam płyty, które wzruszają i zmuszają do refleksji, a ja słuchając „Elegy” Theo Bleckmanna, za każdym razem przeżywam ją na nowo. Serdecznie polecam wrażliwcom.

Szymon Nidzworski

Na początku grudnia ub. r. ukazała się płyta Szymon Nidzworski Project feat. Andrzej Seweryn „Behind Your Eyelids”, którą także polecaliśmy na stronie Melomani Online.

„Behind Your Eyelids”: muzyka rodząca się z ciszy

Okładka płyty „Behind Your Eyelids”. Zdjęcie Anita Wąsik-Płochocińska

8 grudnia odbyła się premiera fonograficznego debiutu Szymon Nidzworski Project – „Behind Your Eyelids”, płyty z niezwykłą zawartością i piękną okładką (zdjęcie powyżej). Także tego samego dnia odbył się wyjątkowy premierowy koncert projektu w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie, wnętrzu sprzyjającym zamyśleniu i niespiesznym wkraczaniu w muzyczną przestrzeń.

Kompozytor i saksofonista Szymon Nidzworski, znany był wcześniej chociażby z zespołu Magnolia Acoustic Quartet. Nagrał z nim trzy płyty, w tym dwie dla Fortune Records: utrzymaną w klimacie free-jazzowym „Boozer” (2013) z gościnnym udziałem saksofonisty Macieja Obary obecnie debiutującego w ECM – oraz „Cinderella” (2014), idącą stylistycznie w stronę M-Base. Lider Szymon Nidzworski Project ma klasyczne wykształcenie muzyczne, ale jego kompozycje wymykają się jednoznacznym przyporządkowaniom gatunkowym. Są w nich i elementy etniczne, skandynawskie („muzyka fiordów”), są brzmienia przywodzące na myśl jazz spod znaku wytwórni ECM, ale też muzykę filmową. „Behind Your Eyelids” wzywa, by przystanąć, wziąć głęboki oddech („Take a breath” to tytuł jednego z utworów i przesłanie, które widzimy, gdy otwieramy płytę), posłuchać jak brzmi cisza i jak z ciszy rodzi się dźwięk. A może zmrużyć oczy i mając zamknięte powieki, obcując w swoim własnym tempie z muzyką, dostrzec coś, czego przedtem nie zauważaliśmy?

Szymon Nidzworski – koncert w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie, 8 grudnia 2017 r. Fot. Paweł Zanio – solovsky.com

Zacząłem myśleć o tym projekcie jakieś 5-7 lat temu, natomiast pierwsza jego koncepcja powstała jeszcze w czasach licealnych – mówi Szymon Nidzworski. – Projekt dojrzewał długo, bo zarówno dobranie muzyków idealnie pasujących do realizacji, jak i sam fakt gotowości do wydania tej muzyki potrzebowały po prostu czasu. Nie chodzi przecież o to, by znaleźć dowolnego tubistę czy akordeonistę, ale takich, którzy grają w określony sposób. To jest muzyka bardzo przestrzenna – i cała trudność polega na tym, żeby budować napięcie z prostych elementów. Nie każdy potrafi się w tym odnaleźć. Z częścią muzyków poznałem się przy okazji wcześniejszych projektów: z klarnecistą Oliwerem Andruszczenko, akordeonistą Mateuszem Stankiewiczem czy perkusistą Patrykiem Doboszem, z którym graliśmy razem w Magnolia Acoustic Quartet.

– Pomyślałem o muzyce, która nie będzie „na wyścigi” – tłumaczy Nidzworski. – Pojawia się teraz dużo muzyki, w której artyści się jakby przekrzykują: kto zagra szybciej, mocniej, agresywniej. Postanowiłem się temu przeciwstawić, spróbować dotrzeć do słuchacza nie krzykiem, ale szeptem, małymi rzeczami. Oczywiście na mojej najnowszej płycie też są momenty, w których dzieje się muzycznie naprawdę dużo. Jednak to, co robię w Szymon Nidzworski Project, jest niejako w kontrze do moich poprzednich dokonań.

– Muzyka klasyczna zawsze była dla mnie punktem wyjścia. Klasyka daje w moim odczuciu inny rodzaj warsztatu niż przestrzeń czysto jazzowa, także inne spojrzenie na różne gatunki muzyki. Nie twierdzę, że lepsze, lecz po prostu inne. W Polsce dominuje podejście hermetyczne, myślenie: albo jazz, albo klasyka, tak jakby te rodzaje muzyki nie mogły się przenikać. Wiele razy słyszałem o sobie, że mam „jazzowy dźwięk”, ale sam zawahałbym się, gdybym miał się nazwać saksofonistą jazzowym. Tak było już w czasach Magnolia Acoustic Quartet. Niby to zespół jazzowy, ale kontrabasista Mateusz Dobosz jest stricte klasykiem, perkusista Patryk Dobosz jazzmanem do szpiku kości, pianista Kuba Sokołowski chodzącą encyklopedią współczesnego jazzu i szeroko rozumianej muzyki współczesnej, a ja klasykiem, który inspiruje się bardzo różnymi rzeczami. Czy jednak rzeczywiście potrzebujemy takich ścisłych definicji: ktoś jest jazzowy, a ktoś klasyczny? Sam w kontekście „Behind Your Eyelids” zadaję sobie pytanie: jaka to jest właściwie muzyka i jak zostanie odebrana przez słuchaczy? – mówi lider SNP.

Szufladkowania nie ułatwia fakt, że utwory zostały napisane na niecodzienny zestaw instrumentów, przede wszystkim dętych (saksofony tenorowy i sopranowy, na których gra lider oraz barytonowy – Szymon Zawodny, klarnet i klarnet basowy – Oliwer Andruszczenko, waltornia – Ewa Paciorek, tuba – Mateusz Sejdak, trąbka – Jan Harasimowicz i Damian Marat, akordeon – Mateusz Stankiewicz). Niektórzy słuchacze zetkną się być może po raz pierwszy na tej płycie z suką biłgorajską. Ten staropolski instrument smyczkowy, zrekonstruowany w latach 80-tych XX wieku na podstawie akwareli Wojciecha Gersona, nasyca muzykę Nidzworskiego pierwiastkiem ludowym, czy – jak sam woli mówić – etnicznym. Na suce (i w jednym utworze na skrzypcach) gra Helena „Suka” Matuszewska. Jak widać z artystycznego pseudonimu suka to jej ukochany instrument (znana jest też z gry w zespołach „Same suki” czy „InFidelis”). Ponadto kilkakrotnie pojawia się perkusja (Patryk Dobosz), między innymi w krótkich duetach z saksofonem. Nieco elektroniki do akustycznego brzmienia płyty wnosi zamykający ją utwór „Take a breath (reprise)” – za te brzmienia odpowiedzialny jest Tomasz Kłoś. To też jedyny utwór z wokalem – śpiewa tajemnicza SHY – i jedyny, który zmierza (odrobinę) w stronę muzyki popularnej.

Szymon Nidzworski Project podczas koncertu 8 grudnia w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie. Fot. Paweł Zanio – solovsky.com

– Taki duży skład stwarza oczywiście problemy logistyczne – mówi Nidzworski. – Zachowałem sobie na pamiątkę kalendarz, w którym są ślady tego, jak dogrywałem terminy u wszystkich muzyków uczestniczących w sesji nagraniowej. Nagraliśmy album w 24 godziny – dwa podejścia po 12 godzin. Byliśmy niesamowicie zmęczeni, ale też szczęśliwi – tyle godzin, zwłaszcza przy grze na instrumentach dętych, to naprawdę potężne wyzwanie.

Rozmawiałem niedawno o „Behind Your Eyelids” z pianistą Aleksandrem Dębiczem, partnerem Nidzworskiego w innym, w dużej mierze improwizowanym projekcie „Simple Tales”. Słuchał płyty po raz pierwszy w nocy, gdy prowadził samochód, klucząc po leśnych drogach. Zestawienie mrocznej chwilami muzyki z głęboką ciemnością za oknem auta wywarło na nim mocne, „filmowe” wrażenie. Potem słuchał płyty już w domu, na dobrym sprzęcie i wtedy przykuła z kolei jego uwagę dbałość o szczegóły brzmieniowe. To przykładanie wagi do detali jest jednym z powodów, dla których, jak mówi, lubi grać z Nidzworskim.

Szymon Nidzworski. Fot. Anita Wąsik-Płocińska

W dwóch utworach na płycie (tytułowym „Take a breath” – „Weź oddech” i „Behind your eyelids” – „Pod Twoimi powiekami”) pojawiają się poetyckie teksty napisane przez Nidzworskiego i Annę Kuk. Czyta je wybitny aktor, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, Andrzej Seweryn. Jego głos oraz wyważona interpretacja znakomicie współgrają z muzyką. „To jest projekt, który daje odbiorcy czas”, mówi aktor w tekście zamieszczonym w dołączonej do płyty książeczce. I dalej o Nidzworskim: „…myślę, że to On stworzył mnie, że to On stworzył mój głos. Taki jaki słychać w tym nagraniu.”

– Teatr Polski to był mój pierwszy zawodowy kontakt z teatrem – wspomina Nidzworski. – Byłem na drugim lub trzecim roku studiów na UMFC, gdy na którymś z Salonów Poezji pojawiło się zapotrzebowanie na improwizującego saksofonistę. Wziąłem udział w tym przedsięwzięciu i od razu poznałem dwóch gigantów teatralnej sceny – Andrzeja Seweryna i Olgierda Łukaszewicza. Na początku grałem sam, na saksofonie lub duduku, potem także w większych składach, np. z obojem i akordeonem. Na 100. Salonie Poezji miał także okazję wystąpić Szymon Nidzworski Project. Napisałem wtedy muzykę do Apokalipsy według św. Jana z tekstami biblijnymi czytanymi przez całą obsadę Teatru Polskiego. Tam dostrzegłem, jak pięknie można łączyć muzykę ze słowem. Słowo było nadrzędne. Na mojej płycie są odwrotne proporcje: muzyka jest w roli głównej, a tylko w dwóch utworach pojawiają się teksty – mówi kompozytor. Lata współpracy Nidzworskiego i Seweryna dały świetny efekt. Mimo że aktor i pozostali muzycy fizycznie nie spotkali się w studiu nagraniowym (zgranie terminów było niewykonalne), utwory brzmią tak, jakby siedzieli obok siebie.

Wydawcą tej niecodziennej płyty jest Fundacja Plateaux. Dystrybucją „Behind Your Eyelids” zajmuje się natomiast Warner Music Poland. W dniu 8 grudnia płyta pojawiła się w sprzedaży zarówno jako krążek CD, jak i w serwisach streamingowych. Kto może posłuchać Szymon Nidzworski Project na żywo bądź na płycie – niech to koniecznie zrobi.

Rozmawiał: Paweł Piasecki

Cały album jest dostępny w serwisach streamingowych Tidal i Spotify.

Płytę można kupić m.in. poprzez Empik.com
Szymon Nidzworski – fot. Anita Wąsik-Płocińska

Nowy Festiwal Improwizacje w Warszawie

Z inicjatywy Arte Fundacji Kultury i Edukacji rodzi się właśnie zupełnie nowe przedsięwzięcie koncertowe w Warszawie – festiwal poświęcony muzyce improwizowanej. Pierwszy Festiwal Improwizacje odbędzie się w dniach 29 listopada – 3 grudnia w dwóch studiach koncertowych Polskiego Radia: im. Władysława Szpilmana (większość koncertów) oraz im. Witolda Lutosławskiego (jedno wydarzenie 2 grudnia). Dyrektorem artystycznym Festiwalu jest pianista Aleksander Dębicz, znany już czytelnikom MelomaniOnline.pl z rozmowy opublikowanej we wrześniu (Alekander Dębicz: Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna).

Dębicz ma klasyczne wykształcenie muzyczne, ale jest przeciwny zamykaniu się w jakiejkolwiek jednej estetyce. Debiutował albumem „Cinematic Piano” z autorskimi kompozycjami inspirowanymi muzyką filmową. Jest wielbicielem Bacha, ale słucha też O.S.T.R-ego. Do udziału w festiwalu zaprosił muzyków z różnych nurtów – od klasyki poprzez jazz po muzykę etniczną. Na Festiwalu Improwizacje wystąpią:

  • Amerykański muzykolog, kompozytor, pianista i dyrygent Robert D. Levin, z powodzeniem łączący pracę naukową z karierą artystyczną, wybitny znawca Mozarta, autor rekonstrukcji kilku jego dzieł (zagra program „Mozart improwizowany” – kompozycje Mozarta i improwizacje na ich temat)
Robert Levin. Fot. Clive Barda
  • Trio londyńskiego pianisty Veryana Westona, który zagra z chińską multiinstrumentalistką i kompozytorką Bei Bei Wang – perkusja oraz malezyjską skrzypaczką Pei Ann Yeoh (improwizacje jazzowe)
Veryan Weston Trio
  • Maria Pomianowska, multiinstrumentalistka, także kompozytorka i wykładowczyni Akademii Muzycznej w Krakowie, która wspólnie z prof. Ewą Dahlig i lutnikiem Andrzejem Kuczkowskim zrekonstruowała dwa zaginione staropolskie instrumenty smyczkowe: sukę biłgorajską i fidel płocką; zagra z zespołem w składzie Wojciech Lubertowicz, Aleksandra Kauf, Iwona Rapacz (improwizacje osadzone w nurcie world music, oprócz wyżej wymienionych instrumentów usłyszymy także sukę mielecką, sukę basową i bębny)
Maria Pomianowska
  • Aleksander Dębicz w duetach z:

– wiolonczelistą Marcinem Zdunikiem (wspólnie nagrali płytę „Bach Stories„, a obecnie grają także program improwizacji w różnych stylach pod nawiązującą do cyklu pieśni Schuberta nazwą „Nowa podróż zimowa”)

Marcin Zdunik i Aleksander Dębicz

– saksofonistą Szymonem Nidzworskim (cykl „Simple Tales”, spontanicznie wymyślonych muzycznych opowieści, których stylistycznym rodowodem jest bez skandynawska muzyka improwizowana, ale zawierają także odwołania do kultury słowiańskiej i Orientu).

Organizatorami festiwalu są Instytut Muzyki i Tańca oraz Arte Fundacja Kultury i Edukacji. Terminy i miejsca koncertów na plakacie poniżej. Bilety w kasach Polskiego Radia oraz na ebilet.pl.

 

A to przesłanie do publiczności od twórcy Festiwalu Improwizacje:

„Szanowni Państwo,

jak każdy muzyk uwielbiam te chwile podczas koncertów, kiedy udaje się wykreować coś niezwykłego zupełnie spontanicznie, w sposób niezaplanowany. Na takie magiczne momenty czekam zarówno jako wykonawca, jak i słuchacz, chociaż nie mogę być pewien kiedy one nastąpią. Nie wiem też do końca, co wywołuje muzyczną magię. Temperatura i wilgotność powietrza, fluidy krążące po sali koncertowej, poczucie życzliwości, posiłek przed występem, tempo dnia? Jakieś tajemnicze okoliczności, w które wierzę i na które liczę. Kompletnie jednak nie spodziewałem się, żę pomogą mi one (bo jakże inaczej) stać się częścią nowego festiwalu muzycznego!

Kocham improwizację, bo kocham wolność. W muzyce improwizacja jest swobodną i szczerą wypowiedzią i myślę, że każdy powinien móc sobie na nią pozwolić, niezależnie od języka, jakim się posługuje. Dziś improwizację niesłusznie kojarzy się wyłącznie z jazzem, a przecież jazz nie jest jedynym źródłem wolności. Na Festiwalu Improwizacje chcę pokazać, że można mówić swoim głosem, niezależnie od muzycznego gatunku. Chcę zachęcić do śmiałej wypowiedzi, do dawania jak najwięcej od siebie, do niesienia dobrych emocji, pokazywania nowych perspektyw, inspirowania, wspólnego tworzenia. I bynajmniej nie mam na myśli tylko muzyki. Ogromnie się cieszę, że zaproszenie na Festiwal Improwizacje przyjęli wybitni artyści z kompletnie różnych muzycznych światów. Usłyszymy improwizacje klasyczne, które, wydawałoby się, zanikły, improwizacje wywodzące się z folku, improwizacje jazzowe (a jakże!) a także coś na pograniczu stylów – bo styl w gruncie rzeczy jest drugorzędny, podobnie jak język. Liczą się treść i wartości.

Serdecznie zapraszam na wszystkie festiwalowe koncerty. Jestem przekonany, że Państwa obecność sprawi, że w Studiach Koncertowych Polskiego Radia uda się wykreować prawdziwą magię.”

Strona Festiwalu Improwizacje na Facebooku

Strona Aleksandra Dębicza na Facebooku

Alekander Dębicz: Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna

Pianista Aleksander Dębicz na rynku płytowym zadebiutował dwa lata temu świetnie przyjętym albumem “Cinematic Piano” z własnymi kompozycjami inspirowanymi muzyką filmową. W kwietniu tego roku wydał płytę “Bach Stories”, na której utworom jego “muzycznego Boga” nagranym w duecie z wiolonczelistą Marcinem Zdunikiem towarzyszą współczesne improwizacje. W piątek 1 września Dębicz wystąpił na Burakowskiej 14  w Warszawie z saksofonistą Szymonem Nidzworskim, prezentując spontanicznie wymyślone i opowiedziane muzyczne historie.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Twoje pierwsze wielkie olśnienie muzyczne?

ALEKSANDER DĘBICZ: Zapis koncertu słynnego niegdyś duetu fortepianowego „Marek i Wacek”. Rodzice puszczali mi płytę winylową i chyba mogę powiedzieć, że w dużej mierze dzięki tej fascynacji zapragnąłem zostać pianistą. Uwielbiałem też słuchać Suity „Peer Gynt” Griega, muzyki z „Akademii Pana Kleksa” i Symfonii „Niespodzianka” Haydna.

MELOMANI ONLINE: Twoi pianistyczni mistrzowie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Duże grono. Im jestem starszy, tym większe. W pewnym okresie byłem absolutnie zafascynowany Glennem Gouldem. Dalej uważam go za geniusza, ale już nie słucham tak namiętnie jak kiedyś. Nagrania Goulda bardzo często pojawiają się w filmach, a od kina też jestem mocno uzależniony. Gould ma w sobie ten rodzaj magnetyzmu, jaki wśród reżyserów czuję np. u Kubricka.

Moim idolem jest Herbie Hancock, uwielbiam też Piotra Anderszewskiego.

MELOMANI ONLINE: Instrument historyczny czy współczesny?

ALEKSANDER DĘBICZ: Rzeczą, którą ubóstwiam w muzyce Bacha, jest to, że brzmi świetnie na wszystkich instrumentach, nawet na syntezatorach, choć akurat tego nie lubię. Jestem fanem Bacha granego na instrumentach współczesnych – to czuję, to lubię, taki dźwięk mnie inspiruje. Uważam, że niesamowite emocje, które są w muzyce Bacha, można wyrazić w sposób bardzo bogaty na współczesnym instrumencie – oczywiście korzystając ze współczesnych środków.

Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę "Bach Stories" (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.
Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę „Bach Stories” (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.

MELOMANI ONLINE: Skąd zamiłowanie do muzyki filmowej?

ALEKSANDER DĘBICZ: Tą muzyką i w ogóle kinem interesuje się od dzieciństwa. Uważam, że w XXI wieku film jest najbardziej komunikatywną dziedziną sztuki. Chyba najprężniej się rozwija i jest najbliżej odbiorcy. W związku z tym jest też bardzo inspirujący. Zawsze interesowała mnie relacja dźwięku i obrazu.

W muzyce filmowej jest, było i będzie sporo kiczu i bombastyczności, ale uważam za krzywdzące wrzucanie całej muzyki filmowej do jednego worka. Jest w niej wiele zjawisk, które uważam za bardzo wyrafinowane, także w oderwaniu od obrazu.

Mam ulubionych kompozytorów takich jak Thomas Newman, Alexandre Desplat czy John Williams – zawsze czekam z wypiekami na twarzy na ich kolejny soundtrack. Chodzę do kina, żeby odebrać ich dzieło w połączeniu z obrazem.


Moją płytą („Cinematic Piano”) chciałem pokazać słuchaczom, jakie bogactwo treści jest w muzyce filmowej. To, co mnie w niej szczególne kręci – a co zazwyczaj jest realizowane przy pomocy orkiestry czy jakieś egzotycznego instrumentarium – chciałem przetransponować na język muzyki fortepianowej.

MELOMANI ONLINE: W sztuce ważna jest dla Ciebie…

ALEKSANDER DĘBICZ: Komunikatywność. Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna, dostępna tylko dla wąskiego kręgu odbiorców. Ale to nie znaczy, że należy traktować ludzi jak głupków i z góry zakładać, że nie są w stanie pewnych treści odebrać, wobec czego należy je upraszczać, żeby zostały przyswojone.

Wcale tak nie musi być. Jako przykład niech posłuży ostatni konkurs chopinowski, który był świetnie zorganizowany od strony mediów społecznościowych i docierał do ludzi w ogóle nie związanych z muzyką. Osoby, które nie chodzą w ogóle do Filharmonii, przez cały weekend słuchały Chopina. Trzeba robić swoje. Ludzie są bardzo wrażliwi i nie muszą być wykształceni muzycznie, żeby odebrać pewne emocje.

MELOMANI ONLINE: Kolejne słowo-klucz dla Ciebie to chyba improwizacja.

ALEKSANDER DĘBICZ: Uważam to za straszny błąd, że improwizacja jest obecnie kojarzona niemal wyłącznie z jazzem. W XVII i XVIII wieku to była norma – wszyscy improwizowali, w stylu, w którym się poruszali, a przecież nie był to jazz.

Tak jak teraz rozmawiamy i nie recytujemy wcześniej przygotowanych kwestii, tak w muzyce możemy korzystać ze znanego nam języka, ale mówić swobodnie – i to jest właśnie improwizacja.

MELOMANI ONLINE: Na improwizacji bazuje projekt, nad którym pracujesz obecnie z Szymonem Nidzworskim.

ALEKSANDER DĘBICZ: Szymona zawsze uważałem za wybitnego saksofonistę, z pięknym dźwiękiem i wieloma umiejętnościami, w tym kapitalną zdolnością improwizacji. Pewnego razu przy piwie zaproponował mi coś, czego nie robiłem nigdy wcześniej – żebyśmy po prostu weszli do studia, bez przygotowania, bez uzgadniania tematów i zobaczyli czy i co się zadzieje między nami. Spotkaliśmy się w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego na Okólniku i zaczęliśmy grać. Eksperyment się powiódł. Dobrze nam się rozmawia muzycznie, porozumiewamy się bez słów. Nagraliśmy ok. 20 utworów w pełni improwizowanych, teraz niektóre z nich wrzucamy do internetu. Będziemy pracować nad autorskim projektem wychodzącym od tych nagrań, choć na pewno coś też skomponujemy, nie będzie to wyłącznie improwizacja. Teraz najważniejsze, żeby to jak najwięcej ograć koncertowo. Coś, co jest oparte na improwizacji, musi wybrzmieć na żywo.

Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki
Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki

MELOMANI ONLINE: Irytują Cię sztywne podziały między gatunkami muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: Tak. W filmie nikt się nie dziwi, że Martin Scorsese raz zrobi „Gangi Nowego Jorku”, kiedy indziej „Hugo”, a jeszcze innym razem „Milczenie”. A to są przecież kompletnie inne gatunki! Każdy z nich wymaga równie dużego wkładu pracy, ale wymaga innych środków i wzbudza inne emocje. Tak samo podchodzę do muzyki.

MELOMANI ONLINE: Koncert, który zrobił na Tobie szczególnie duże wrażenie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Byłem na niezliczonej ilości fenomenalnych koncertów, więc podam te, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy: „Winterreise” F. Schuberta w interpretacji Christopha Prégardiena i Andreasa Staiera. Koncert odbył się w Studiu Polskiego Radia w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa” kilka lat temu. Artyści wydobyli z genialnej muzyki Schuberta najczystsze i najgłębsze emocje, wzruszając mnie do łez. Dramaturgii tego wielkiego koncertu nie osłabiło nawet chwilowe zejście ze sceny śpiewaka w środku cyklu z powodu ataku kaszlu.

Prawdziwą euforię wywołały we mnie dwa koncerty Herbiego Hancocka, mojego idola: w Zabrzu, gdzie wystąpił z orkiestrą symfoniczną i triem, prezentując program z płyty „Gershwin’s World”, a drugi w Warszawie w Filharmonii Narodowej promujący płytę „River: The Joni Letters”.

Wspominam też poruszający recital fortepianowy Francesco Piemontesiego na Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach. I koncert O.S.T.R. w warszawskiej Stodole.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Najczęściej słuchasz muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: W domu na głośnikach z komputera bądź z płyt, w ruchu na iPhonie przez słuchawki oraz w samochodzie.

Korzystam z serwisów streamingowych (Apple Music i Tidal), ale od czasu do czasu kupię płytę i wtedy szczególnie doceniam ten nośnik. Nie chodzi mi o jakość dźwięku, lecz o pełniejszą recepcję muzyki. Kiedy kupię płytę, włożę ją do odtwarzacza i otworzę pachnący booklet, zwykle przesłucham całość od początku do końca, skupiając się wyłącznie na muzyce. Korzystając ze streamingów, często słuchamy w sposób wybiórczy, przeskakując z utworu na utwór.

MELOMANI ONLINE: Twoje ulubione miejsce związane z muzyką?

ALEKSANDER DĘBICZ: Szczerze mówiąc nie mam takiego ulubionego miejsca. Lubię grać i słuchać muzyki w rozmaitych przestrzeniach i trudno mi wskazać jedną świątynię dźwięku, do której chciałbym szczególnie często wracać.

MELOMANI ONLINE: Płyta, do której najczęściej powracasz?

ALEKSANDER DĘBICZ: Bardzo często wracam (zwłaszcza jadąc samochodem) do soundtracku z filmu „Blues Brothers”, Piosenki z tego genialnego filmu, który towarzyszy mi już ponad 20 lat, nigdy się nie zestarzeją.

Chętnie sięgam do Bachowskich nagrań Johna Eliota Gardinera, zwłaszcza obydwu Pasji i niektórych kantat.

Nieustannie wracam do mojej ulubionej płyty O.S.T.R. „Ja tu tylko sprzątam”, płyty „Headhunters” Hancocka a także do kilku soundtracków Johna Williamsa.

A gdy mnie znużą nowości fonograficzne (których słucham dużo), to z przyjemnością puszczam sobie legendarną płytę Milesa Davisa „Kind of Blue”.