Krystian Zimerman obchodzi 61. urodziny

Wspaniała międzynarodowa kariera pianisty rozpoczęła się wraz ze zdobyciem głównej nagrody na IX Konkursie Chopinowskim w 1975 r. 18-latek z Zabrza zgarnął wtedy nie tylko Grand Prix, ale także nagrodę Polskiego Radia za najlepsze wykonanie mazurków i nagrodę Towarzystwa im. F. Chopina za najlepszego poloneza. W 1976 r. sam wielki Artur Rubinstein zaprosił go do Paryża, by pod jego okiem doskonalił swe umiejętności. Rok później wydał pierwszy album chopinowski w Deutsche Grammophon i tej wytwórni pozostał wierny do dziś.

Krystian Zimerman cieszy się ze zwycięstwa w IX Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Filharmonii Narodowej w Warszawie, 28 października 1975 r. Fot. PAP/Jan Morek

Jego najnowszy album (okładka na zdjęciu powyżej) przynosi dwie ostatnie sonaty fortepianowe Schuberta (D. 959 i D. 960). Jak informowaliśmy wczoraj, album ten jest jednym z trzech, które znalazły się w finale International Classic Music Awards w kategorii „Instrument solowy”.

W sezonie 2017/2018  z okazji 100. rocznicy urodzin Leonarda Bernsteina – także jednego ze swych mistrzów – Zimerman gra wraz z London Symphony Orchestra pod batutą Simone’a Rattle’a II Symfonię „The Age of Anxiety” („Wiek niepokoju”, zainspirowaną przez poemat W.H. Audena pod tym właśnie tytułem) na fortepian i orkiestrę. Jak powiedział w rozmowie z „BBC Music Magazine”, to tournée jest spełnieniem obietnicy złożonej amerykańskiemu kompozytorowi i dyrygentowi. Bernstein miał bowiem zapytać kiedyś polskiego pianistę: „Zagrasz ze mną ten utwór, gdy będę mieć 100 lat?”. Bernstein nie dożył wprawdzie tego wieku, ale Zimerman dotrzymał słowa. 16 grudnia wykona symfonię „Wiek niepokoju” z LSO pod batutą Rattle’a w londyńskim Barbican. A już 17 marca 2018 r. usłyszymy go w Filharmonii Narodowej w Warszawie  podczas koncertu inauguracyjnego XXII Festiwalu Beethovenowskiego. Orkiestrę FN poprowadzi Jacek Kaspszyk.

Spośród wielu wspaniałych płyt nagranych przez polskiego pianistę przypomnę dziś jedną, wydaną w 2006 roku – I Koncert fortepianowy Brahmsa z Berliner Philharmoniker pod batutą wspomnianego wyżej Rattle’a.

 

Chopinowski album Jana Lisieckiego na czele zestawienia CBC Music

CBC Music, internetowy serwis muzyczny kanadyjskiego nadawcy radiowo-telewizyjnego Canadian Broadcasting Corporation, opublikował listę 10 najlepszych płyt klasycznych 2017 roku.

Na pierwszym miejscu w zestawieniu znalazł się album pianisty polskiego pochodzenia Jana Lisieckiego „Chopin: Works for Piano & Orchestra” nagrany z hamburską NDR Elphilharmonie Orchester pod batutą jej głównego dyrygenta, Krzysztofa Urbańskiego, a wydany w marcu br. przez Deutsche Grammophon. Urodzony w Calgary Lisiecki posiada kanadyjskie i polskie obywatelstwo, po polsku mówi też równie dobrze, jak po angielsku. Jego debiutancki album z dwoma Koncertami fortepianowymi Chopina, zarejestrowanymi na żywo z Sinfonią Varsovią pod batutą Howarda Shelleya, zdobył w 2010 r. prestiżową nagrodę Diapason Découverte. To nagranie utorowało mu drogę do podpisania kontraktu ze słynną niemiecką wytwórnią.

„Jan Lisiecki przenosi swoje orędowanie za muzyką Chopina na kolejny poziom na naszym ulubionym albumie roku,  ustalając ostateczne wersje mniej znanych dzieł, spośród których część po raz pierwszy pojawia się w katalogu Deutsche Grammophon,” napisała redakcja CBC Music.

Nawet w branży muzycznej są ludzie, którzy mają tylko mglistą wiedzę o tych utworach albo wręcz o nich nie wiedzą”, powiedział Lisiecki we wcześniejszej rozmowie z CBC Music o dziełach Chopina wybranych na ostatni album. Są wśród nich Wariacje B–dur op. 2 na temat „La ci darem la mano” – reakcja polskiego kompozytora na Mozartowskiego „Don Giovanniego”, Fantazja na tematy polskie A-dur op. 13 oraz Rondo à la Krakowiak F-dur op. 14. Na płycie znalazły się jednak także chopinowskie „przeboje”: Andante spianato i Wielki Polonez Es-dur op. 22 oraz Nokturn cis-moll znany szerokim rzeszom z filmu „Pianista” Romana Polańskiego.

Na marginesie i dla zachowania obiektywizmu zaznaczę, że zupełnie inne niż CBC Music zdanie na temat albumu Lisieckiego i Urbańskiego ma znana polska krytyczka muzyczna, dziennikarka „Polityki” Dorota Szwarcman, która dała płycie ocenę 3/6.

Na poniższych filmach możemy posłuchać wypowiedzi dyrygenta i pianisty o pracy nad płytą, a także posłuchać fragmentów utworów Chopina w ich interpretacji.

Leszek Możdżer i Holland Baroque – wspólna płyta i trasa koncertowa

Holland Baroque – zdjęcie ze strony internetowej zespołu

Holland Baroque, holenderski zespół kameralny z Utrechtu i polski pianista jazzowy Leszek Możdżer ruszają wkrótce w trasę koncertową promującą nowy wspólny album „Earth Particles” (premiera 25 listopada).

Okładka płyty „Earth Particles” Leszka Możdżera i Holland Baroque

Holland Baroque – jak czytamy na  stronie internetowej zespołu – „prezentuje Vivaldiego z japońskiego punktu widzenia, łączy Reinberta de Leeuwa [współczesnego kompozytora holenderskiego, ur. w 1938 r.] z Bachem i pokazuje, jak perkusiści wyznaczają puls baroku”. Współpracuje z różnymi solistami (Giovanni Sollima, Eric Vloeimans, Lars Ulrik Mortensen, Aisslinn Nosky) oraz zespołami (Orkater, Vox Luminis, Quatuor Mosaïques), szukając pomostów między muzyką dawną a współczesnością. W stałym składzie zespołu jest  Polak, wiolonczelista Tomasz Pokrzywiński.

Na stronie Holland Baroque Leszek Możdżer opisuje, jak doszło do współpracy, nawiązanej w styczniu br. i jak muzycy z Utrechtu zainspirowali go do pracy nad nowym albumem, który powstawał w indyjskim aśramie.

W ramach polskiego tournee dadzą koncerty:
4 grudnia w Szczecinie – Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie
6 grudnia w Warszawie – Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN
7 grudnia w Łodzi – Klub Wytwórnia
8 grudnia we Wrocławiu – Narodowe Forum Muzyki
9 grudnia w Krakowie – Centrum Kongresowe ICE Kraków
10 grudnia w Katowicach – Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia w Katowicach

Solowy album współtwórcy grupy ABBA w Deutsche Grammophon

Benny Andersson – Piano. Okładka albumu wydanego 29 września przez Deutsche Grammophon.

Wydając album „Piano” multi-instrumentalisty, kompozytora, aranżera i autora tekstów Benny’ego Anderssona, wywórnia Deutsche Grammophon postanowiła wykorzystać wciąż pokaźny potencjał marketingowy szwedzkiej supergrupy ABBA, której Andersson był współtwórcą. Czysto instrumentalny album zawiera wersje na fortepian solo wielkich przebojów zespołu ABBA (m.in. „Thank You For The Music” i „The Day Before You Came), utworów z musicali, m.in. „Chess” („Szachy”) z 1984 r., napisanego wspólnie z Timem Rice’m (polska premiera w 2000 r.)  oraz późniejsze kompozycje Anderssona.

Sądząc po jednogłośnie entuzjastycznych recenzjach użytkowników Amazon.com, album może liczyć na mocne poparcie ze strony fanów ABBy i musicali współtworzonych przez Anderssona. Jeden z fanów napisał np., że płyta jest „Well-Tempered Klavier” Benny’ego i że Bach byłby z niego dumny. Nie mogę się wypowiadać za Bacha, dla mnie jednak jest to muzyka wprawdzie przyjemna dla ucha, ale nie angażująca emocjonalnie. Melodie są chwytliwe i większość słuchaczy ma je z tyłu głowy, a oczywiście najbardziej lubimy słuchać to, co już znamy. Jako sposób na chillout – jestem za. Aż tyle lub tylko tyle.

Płyta Anderssona skojrzyła mi się z opartym na podobnej recepcie albumie Ricka Wakemana, klawiszowca słynnej niegdyś grupy Yes (nurt rocka symfonicznego), wydanym przez Universal na początku br., niedługo po śmierci Davida Bowie. Także ta solowa płyta zawiera czysto instrumetalne, fortepianowe transkrypcje znanych utworów muzyki popularnej, w tym „Starman” i „Life on Mars” Davida Bowie (Wakeman grał na instrumentach klawiszowych w oryginalnych nagraniach), Beatlesów („Eleanor Rigby”, „Help”), Cata Stevensa („Morning Has Broken”) czy Led Zeppelin („Stairway To Heaven”), ale także klasycznej – „Światła księżyca” Debussy’ego” i tematu z „Jeziora łabędziego” Czajkowskiego.

Wytwórnia Deutsche Grammophon, której charakterstyczne żółte logo od lat jest dla melomanów znakiem najwyższej jakości, coraz mocniej eksploruje pogranicza muzyki poważnej, nieraz wprost wkraczając w obszar muzyki popularnej. Nurt crossover w niemieckim wydawnictwie reprezentują m.in. wydane w ostatnim czasie albumy „Land of Gold” córki Raviego Shankara, Anoushki, czy też „Room 29” duetu Jarvis Cocker – Chilly Gonzales. Najwyraźniej znaczące poszerzenie bazy odbiorców liczy się dla DG bardziej niż ewentualne utyskiwania grupki koneserów na romansowanie z popularnymi gustami.

Poniżej wideo do utworu „Thank You For The Music” oraz krótsza i dłuższa wersja trailera albumu i rozmowy z Anderssonem.

 

Lucas Debargue w Filharmonii Narodowej w Warszawie

6 i 7 października warszawscy melomani mieli po raz pierwszy okazję usłyszeć na żywo w sali Filharmonii Narodowej Lucasa Debargue, francukiego pianistę, który podbił krytyków i publiczność na XV Międzynarodowym Konkursie Muzycznym im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie w 2015 roku. Zajął „tylko” IV miejsce, ale jako jedyny z uczestników został wyróżniony prestiżową nagrodą krytyków moskiewskich.

Pierwszy raz usłyszałem Debargue’a bodaj w sonatach Scarlattiego, które pojawiły sie na jego debiutanckim albumie wydanym w 2016 r. O ile pamiętam, to było dokładnie to nagranie znalezione na YouTubie:

W tym samym roku pojawiła się druga płyta francuskiego pianisty z utworami Bacha, Beethovena i Medtnera i z takim właśnie klasycznym repertuarem go do tej pory kojarzyłem.

Okładka debiutanckiej płyty Debargue’a z kwietnia 2016 r.
Okładka drugiej płyty pianisty wydanej przez Sony Classical we wrześniu 2016 r.

Do Warszawy przyjechał jednak z utworem XX-wiecznym, olśniewającym, bardzo trudnym technicznie, II Koncertem fortepianowym g-moll op. 16 Siergieja Prokofiewa. Pierwsza wersja tego dzieła datuje się z 1913 roku, ale partytura spłonęła podczas rewolucji bolszewickiej. Znamy więc obecnie drugą wersję z 1923 r., według kompozytora znacznie różniącą się od pierwszej. Ze względu na skalę trudności początkowo niewielu pianistów odważało się grać ten koncert. Chodzi tu nie tylko o trudności techniczne, ale ogromną skalę emocjonalną: połączenie liryzmu, tragizmu (utwór dedykowany jest pamięci przyjaciela kompozytora Maksymiliana Schmidthofa, który popełnił samobójstwo) i groteski. O sprzecznościach w koncertach fortepianowych Prokofiewa tak napisał Piotr Wierzbicki w „Jak słuchać muzyki”:

Prokofiew pisał te koncerty przeciw Czajkowskiemu i Rachmaninowowi, przeciw ślicznotkom i pięknotkom, przeciw epigoństwu i emocjonalnemu rozpasaniu, Ale, na przeciw światoburczym intencjom, szedł wciąż za głosem muzyki, ona zaś ciąży ku pięknu na sposób naturalny, samoistny. W efekcie najbardziej z nich prowokatorski (hałas!) Koncert numer dwa jest zarazem najbardziej romantyczny (rzecz jasna na modłę Prokofiewowską i w potocznym znaczeniu tego słowa)

Wydaje się, że Debargue wyszedł z tych zmagań zwycięsko – warszawska publiczność przyjęła jego wykonanie z wielkim aplauzem. Pianista robił wrażenie skromnego człowieka, tak był też ubrany. Miał na sobie tylko koszulę – widać więc było, jak jego plecy stopniowo robiły się mokre od potu. Często przed rozpoczęciem swojej partii „tańczył” na siedzeniu, przeginając ciało w rytm muzyki, jakby wczuwając się w to, co za chwilę zagra. Tam, gdzie utwór tego wymagał, miał potężne uderzenia, gdzieindziej był delikatny i liryczny. Udało mu się chyba oddać walkę między romantycznym dziedzictwem a antyromantyczną (czy może raczej: antyczułostkową) postawą kompozytora. Bis – wyproszony przez publiczność długimi oklaskami od artysty zmęczonego zmaganiami z Prokofiewem – był już jak najbardziej romantyczny: Nokturn c-moll op. 48 nr 1 Fryderyka Chopina.

27-letni obecnie Debargue jest bardzo nietypowym przypadkiem jak na koncertującego pianistę. Gry na fortepianie zaczął uczyć się w wieku 11 lat i doszedł do poziomu wirtuozowskiego, ale potem porzucił ją na 10 lat. Jak mówił, przestał ćwiczyć, bo nie miał mistrza i przewodnika po świecie muzyki. Pracował w supermarkecie, by zarobić na studia z literatury.  Ostatecznie został uczniem słynnej rosyjskiej pedagog Reny Szereszewskiej, z którą pracuje do dziś (już w ramach studiów podyplomowych – w ub. r. ukończył z nagrodą specjalną Ecole Normale de Musique w Paryżu). Na moskiewskim konkursie, który okazał się przełomem w jego karierze, po raz pierwszy wystąpił na scenie z orkiestrą symfoniczną! O niezwykłym sukcesie pianisty donosiła nawet BBC:

Często występuje z rosyjskimi dyrygentami, m.in. Giergiewem, Spiwakowem i Petrenką. II Koncert fortepianowy Prokofiewa i koncert G-dur Ravela grał tydzień temu w Petersburgu z orkiestrą Teatru Maryjskiego pod batutą Giergiewa. Co ważne z polskiego punktu widzenia, na jego trzeciej płycie, która ukaże się pod koniec października (okładka poniżej) obok dwóch „małych” sonat Schuberta znajdzie się II Sonata fortepianowa A-dur op.  21 Karola Szymanowskiego, napisana w latach 1910-1911. Jej pierwszym wykonawcą był Artur Rubinstein, a potem grał go Światosław Richter i niewielu innych pianistów, gdyż utwór jest monumentalny i karkołomnie trudny technicznie. Jak widać, Debargue nie boi się wyzwań.

Okładka płyty Lucasa Debargue, która ukaże się 27 października br.

W programie sobotniego koncertu w Filharmonii Narodowej znalazł się także Łabędź z Tuoneli op. 22 nr 2 ze suity „Cztery legendy z Kalewali”, utwór Jeana Sibeliusa z samego początku XX w. (1895/1900) oraz Koncert na orkiestrę Béli Bartóka z 1943 r. Orkiestrą FN dyrygował młody niemiecki dyrygent Christian Schumann.
Szczegóły tutaj.

Honorowy Koryfeusz dla Jerzego Maksymiuka

Wybitny dyrygent, który w ubiegłym roku obchodził 80. urodziny, a w czerwcu br. otrzymał doktorat honoris causa Uniwersytetu w Białymstoku (miasta, w którym spędził wczesne dzieciństwo), został tym razem uhonorowany nagrodą polskiego środowiska muzycznego.

Podczas wczorajszej (1 października – Międzynarodowy Dzień Muzyki) gali w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie ogłoszono laureatów nagrody Koryfeusz Muzyki Polskiej 2017. Honorową nagrodę za całokształt twórczości otrzymał 81-letni Jerzy Maksymiuk.

Zaprojektowana przez prof. Adama Myjaka stateutka Koryfeusza Muzyki Polskiej. Fot. Paweł Piasecki

Na zdjęciach poniżej widzimy dostojnego Laureata ze statuetką oraz dyplom potwierdzający przyznanie nagrody.

Jerzy Maksymiuk ze statuetką nagrody Koryfeusz 2017 w mieszkaniu w Warszawie, 2 października 2017 r. Fot. Paweł Piasecki
Dyplom Nagrody Honorowej Koryfeusz Muzyki Polskiej 2017 dla Jerzego Maksymiuka. Fot. Paweł Piasecki.

W pozostałych kategoriach nagrody zdobyli:

Osobowość Roku: 22-letni pianista Szymon Nehring, pierwszy Polak, który w 2017 r. został zwycięzcą prestiżowego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Artura Rubinsteina w Tel Awiwie, wcześniej także laureat Fryderyka (2016) za debiutancki album płytowy z utworami Chopina, Szymanowskiego i Mykietyna, finalista i zdobywca Nagrody Publiczności XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie (2015).

Debiut Roku: urodzona w 1999 r. flecistka Marianna Żołnacz, zdobywczyni III nagrody na międzynarodowym konkursie fletowym w Kobe w Japonii (2017).

Wydarzenie Roku: przyznanie nagrody Grammy w kategorii muzyka chóralna płycie Penderecki Conduct Penderecki vol. 1 nagranej przez orkiestrę i chór Filharmonii Narodowej w Warszawie (przygototowanie chóru: Henryk Wojnarowski)

Organizatorami wydarzenia byli: Instytut Muzyki i Tańca, Program 2 Polskiego Radia oraz Fundacja Muzyki Filmowej i Jazzowej.

Nagrody Koryfeusz przyznano w tym roku po raz siódmy, z tym że nagroda za najlepszy debiut pojawiła się dopiero w 2016 r. Zdobywcy statuetek w kategorii Osobowość Roku oraz Nagroda Honorowa otrzymują także nagrody finansowe ufundowane przez Związek Artystów Wykonawców STOART oraz Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.

Więcej informacji o nagrodzie, laureatach i gali na stronie nagrody Koryfeusz.

Gali towarzyszył koncert „Róbmy swoje”, będący hołdem dla zmarłego niedawno Wojciecha Młynarskiego, z udziałem m.in. Polskiej Orkiestry Radiowej pod batutą Krzysztofa Herdzina i Macieja Koczura oraz muzyków jazzowych, w tym duetu gitarzystów Marek Napiórkowski – Artur Lesicki.

Pełny program gali prowadzonej przez Agatę Kwiecińską z IMiT oraz Marcina Majchrowskiego, dziennikarza radiowej Dwójki, znajdziecie tutaj.

A tu filmowa wizytówka Jerzego Maksymiuka przygotowana przez Instytut Muzyki i Tańca. Całe życie zmieszczone w dwóch minutach 🙂

Otwarcie sezonu Filharmonii Narodowej także na YouTube

Filharmonia Narodowa – kanał na YouTube

Nie każdy może dziś wieczorem zająć miejsce w sali koncertowej Filharmonii Narodowej w Warszawie, ale każdy może rozsiąść się wygodnie w domu i wejść na kanał FN na YouTubie, gdzie cały dzisiejszy koncert inaugurujący sezon 2017/2018, będzie transmitowany na żywo. Początek transmisji o godzinie 19:30.

W programie koncertu najpierw „Polonez” Krzysztofa Pendereckiego, następnie Koncert na dwa fortepiany Philipa Glassa (w wykonaniu sióstr Katii i Marielle Labèque, które zagrały go także podczas prawykonania 28 maja 2015 r. z Los Angeles Philharmonic batutą Gustavo Dudamela), a po przerwie cykl pieśni Pendereckiego Powiało na mnie morze snów… Pieśni zadumy i nostalgii na sopran, mezzosopran, baryton, chór i orkiestrę (soliści: Wioletta Chodowicz – sopran, Małgorzata Pańko-Edery – mezzo-sopran, Mariusz Godlewski – baryton; kierownictwo chóru: Bartosz Michałowski). Orkiestrę FN poprowadzi Jacek Kaspszyk.

Katia i Marielle Labèque

 

Wielkie gwiazdy dzisiejszego koncertu, siostry Labèque (na zdjęciu powyżej), to jeden z najsłynniejszych pianistycznych duetów na świecie. Pochodzą z kraju Basków; w 1987 roku opuściły Francję i przeniosły się do Londynu. Od ponad 30 lat grają razem bardzo różnorodny repertuar: od koncertów Bacha z barokowymi orkiestrami, po muzykę współczesną, również elektroniczną oraz jazz (współpracowały m. in. z Chickiem Coreą i Herbiem Hancockiem).

A wracając do zalet YouTube, można tam robić coś, co jest niemożliwe (a w każdym razie nieeleganckie) na sali koncertowej: komentować na żywo to, co się aktualnie dzieje na scenie (opcja „live chat”). Sądząc po koncertach, w których miałem okazję uczestniczyć online w minionym sezonie (m.in. znakomite występy pianistów Marc-André Hamelina, dyrygowany przez Kaspszyka i Borisa Giltburga z orkiestrą pod batutą Jerzego Maksymiuka), chat cieszy się dużym powodzeniem widzów/słuchaczy. Obraz z kilku kamer pozwala zaś śledzić z bliska grę na nie tylko solisty, ale także poszczególnych muzyków z orkiestry. Przekonajcie się sami – obejrzyjcie na kanale YouTube Filharmonii oba wyżej wymienione koncerty.

Harmonogram wszystkich transmisji internetowych koncertów sezonu 2017/2018 znajduje się pod tym linkiem.

Alekander Dębicz: Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna

Pianista Aleksander Dębicz na rynku płytowym zadebiutował dwa lata temu świetnie przyjętym albumem “Cinematic Piano” z własnymi kompozycjami inspirowanymi muzyką filmową. W kwietniu tego roku wydał płytę “Bach Stories”, na której utworom jego “muzycznego Boga” nagranym w duecie z wiolonczelistą Marcinem Zdunikiem towarzyszą współczesne improwizacje. W piątek 1 września Dębicz wystąpił na Burakowskiej 14  w Warszawie z saksofonistą Szymonem Nidzworskim, prezentując spontanicznie wymyślone i opowiedziane muzyczne historie.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Twoje pierwsze wielkie olśnienie muzyczne?

ALEKSANDER DĘBICZ: Zapis koncertu słynnego niegdyś duetu fortepianowego „Marek i Wacek”. Rodzice puszczali mi płytę winylową i chyba mogę powiedzieć, że w dużej mierze dzięki tej fascynacji zapragnąłem zostać pianistą. Uwielbiałem też słuchać Suity „Peer Gynt” Griega, muzyki z „Akademii Pana Kleksa” i Symfonii „Niespodzianka” Haydna.

MELOMANI ONLINE: Twoi pianistyczni mistrzowie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Duże grono. Im jestem starszy, tym większe. W pewnym okresie byłem absolutnie zafascynowany Glennem Gouldem. Dalej uważam go za geniusza, ale już nie słucham tak namiętnie jak kiedyś. Nagrania Goulda bardzo często pojawiają się w filmach, a od kina też jestem mocno uzależniony. Gould ma w sobie ten rodzaj magnetyzmu, jaki wśród reżyserów czuję np. u Kubricka.

Moim idolem jest Herbie Hancock, uwielbiam też Piotra Anderszewskiego.

MELOMANI ONLINE: Instrument historyczny czy współczesny?

ALEKSANDER DĘBICZ: Rzeczą, którą ubóstwiam w muzyce Bacha, jest to, że brzmi świetnie na wszystkich instrumentach, nawet na syntezatorach, choć akurat tego nie lubię. Jestem fanem Bacha granego na instrumentach współczesnych – to czuję, to lubię, taki dźwięk mnie inspiruje. Uważam, że niesamowite emocje, które są w muzyce Bacha, można wyrazić w sposób bardzo bogaty na współczesnym instrumencie – oczywiście korzystając ze współczesnych środków.

Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę "Bach Stories" (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.
Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę „Bach Stories” (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.

MELOMANI ONLINE: Skąd zamiłowanie do muzyki filmowej?

ALEKSANDER DĘBICZ: Tą muzyką i w ogóle kinem interesuje się od dzieciństwa. Uważam, że w XXI wieku film jest najbardziej komunikatywną dziedziną sztuki. Chyba najprężniej się rozwija i jest najbliżej odbiorcy. W związku z tym jest też bardzo inspirujący. Zawsze interesowała mnie relacja dźwięku i obrazu.

W muzyce filmowej jest, było i będzie sporo kiczu i bombastyczności, ale uważam za krzywdzące wrzucanie całej muzyki filmowej do jednego worka. Jest w niej wiele zjawisk, które uważam za bardzo wyrafinowane, także w oderwaniu od obrazu.

Mam ulubionych kompozytorów takich jak Thomas Newman, Alexandre Desplat czy John Williams – zawsze czekam z wypiekami na twarzy na ich kolejny soundtrack. Chodzę do kina, żeby odebrać ich dzieło w połączeniu z obrazem.


Moją płytą („Cinematic Piano”) chciałem pokazać słuchaczom, jakie bogactwo treści jest w muzyce filmowej. To, co mnie w niej szczególne kręci – a co zazwyczaj jest realizowane przy pomocy orkiestry czy jakieś egzotycznego instrumentarium – chciałem przetransponować na język muzyki fortepianowej.

MELOMANI ONLINE: W sztuce ważna jest dla Ciebie…

ALEKSANDER DĘBICZ: Komunikatywność. Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna, dostępna tylko dla wąskiego kręgu odbiorców. Ale to nie znaczy, że należy traktować ludzi jak głupków i z góry zakładać, że nie są w stanie pewnych treści odebrać, wobec czego należy je upraszczać, żeby zostały przyswojone.

Wcale tak nie musi być. Jako przykład niech posłuży ostatni konkurs chopinowski, który był świetnie zorganizowany od strony mediów społecznościowych i docierał do ludzi w ogóle nie związanych z muzyką. Osoby, które nie chodzą w ogóle do Filharmonii, przez cały weekend słuchały Chopina. Trzeba robić swoje. Ludzie są bardzo wrażliwi i nie muszą być wykształceni muzycznie, żeby odebrać pewne emocje.

MELOMANI ONLINE: Kolejne słowo-klucz dla Ciebie to chyba improwizacja.

ALEKSANDER DĘBICZ: Uważam to za straszny błąd, że improwizacja jest obecnie kojarzona niemal wyłącznie z jazzem. W XVII i XVIII wieku to była norma – wszyscy improwizowali, w stylu, w którym się poruszali, a przecież nie był to jazz.

Tak jak teraz rozmawiamy i nie recytujemy wcześniej przygotowanych kwestii, tak w muzyce możemy korzystać ze znanego nam języka, ale mówić swobodnie – i to jest właśnie improwizacja.

MELOMANI ONLINE: Na improwizacji bazuje projekt, nad którym pracujesz obecnie z Szymonem Nidzworskim.

ALEKSANDER DĘBICZ: Szymona zawsze uważałem za wybitnego saksofonistę, z pięknym dźwiękiem i wieloma umiejętnościami, w tym kapitalną zdolnością improwizacji. Pewnego razu przy piwie zaproponował mi coś, czego nie robiłem nigdy wcześniej – żebyśmy po prostu weszli do studia, bez przygotowania, bez uzgadniania tematów i zobaczyli czy i co się zadzieje między nami. Spotkaliśmy się w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego na Okólniku i zaczęliśmy grać. Eksperyment się powiódł. Dobrze nam się rozmawia muzycznie, porozumiewamy się bez słów. Nagraliśmy ok. 20 utworów w pełni improwizowanych, teraz niektóre z nich wrzucamy do internetu. Będziemy pracować nad autorskim projektem wychodzącym od tych nagrań, choć na pewno coś też skomponujemy, nie będzie to wyłącznie improwizacja. Teraz najważniejsze, żeby to jak najwięcej ograć koncertowo. Coś, co jest oparte na improwizacji, musi wybrzmieć na żywo.

Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki
Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki

MELOMANI ONLINE: Irytują Cię sztywne podziały między gatunkami muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: Tak. W filmie nikt się nie dziwi, że Martin Scorsese raz zrobi „Gangi Nowego Jorku”, kiedy indziej „Hugo”, a jeszcze innym razem „Milczenie”. A to są przecież kompletnie inne gatunki! Każdy z nich wymaga równie dużego wkładu pracy, ale wymaga innych środków i wzbudza inne emocje. Tak samo podchodzę do muzyki.

MELOMANI ONLINE: Koncert, który zrobił na Tobie szczególnie duże wrażenie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Byłem na niezliczonej ilości fenomenalnych koncertów, więc podam te, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy: „Winterreise” F. Schuberta w interpretacji Christopha Prégardiena i Andreasa Staiera. Koncert odbył się w Studiu Polskiego Radia w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa” kilka lat temu. Artyści wydobyli z genialnej muzyki Schuberta najczystsze i najgłębsze emocje, wzruszając mnie do łez. Dramaturgii tego wielkiego koncertu nie osłabiło nawet chwilowe zejście ze sceny śpiewaka w środku cyklu z powodu ataku kaszlu.

Prawdziwą euforię wywołały we mnie dwa koncerty Herbiego Hancocka, mojego idola: w Zabrzu, gdzie wystąpił z orkiestrą symfoniczną i triem, prezentując program z płyty „Gershwin’s World”, a drugi w Warszawie w Filharmonii Narodowej promujący płytę „River: The Joni Letters”.

Wspominam też poruszający recital fortepianowy Francesco Piemontesiego na Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach. I koncert O.S.T.R. w warszawskiej Stodole.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Najczęściej słuchasz muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: W domu na głośnikach z komputera bądź z płyt, w ruchu na iPhonie przez słuchawki oraz w samochodzie.

Korzystam z serwisów streamingowych (Apple Music i Tidal), ale od czasu do czasu kupię płytę i wtedy szczególnie doceniam ten nośnik. Nie chodzi mi o jakość dźwięku, lecz o pełniejszą recepcję muzyki. Kiedy kupię płytę, włożę ją do odtwarzacza i otworzę pachnący booklet, zwykle przesłucham całość od początku do końca, skupiając się wyłącznie na muzyce. Korzystając ze streamingów, często słuchamy w sposób wybiórczy, przeskakując z utworu na utwór.

MELOMANI ONLINE: Twoje ulubione miejsce związane z muzyką?

ALEKSANDER DĘBICZ: Szczerze mówiąc nie mam takiego ulubionego miejsca. Lubię grać i słuchać muzyki w rozmaitych przestrzeniach i trudno mi wskazać jedną świątynię dźwięku, do której chciałbym szczególnie często wracać.

MELOMANI ONLINE: Płyta, do której najczęściej powracasz?

ALEKSANDER DĘBICZ: Bardzo często wracam (zwłaszcza jadąc samochodem) do soundtracku z filmu „Blues Brothers”, Piosenki z tego genialnego filmu, który towarzyszy mi już ponad 20 lat, nigdy się nie zestarzeją.

Chętnie sięgam do Bachowskich nagrań Johna Eliota Gardinera, zwłaszcza obydwu Pasji i niektórych kantat.

Nieustannie wracam do mojej ulubionej płyty O.S.T.R. „Ja tu tylko sprzątam”, płyty „Headhunters” Hancocka a także do kilku soundtracków Johna Williamsa.

A gdy mnie znużą nowości fonograficzne (których słucham dużo), to z przyjemnością puszczam sobie legendarną płytę Milesa Davisa „Kind of Blue”.