„Behind Your Eyelids”: muzyka rodząca się z ciszy

Okładka płyty „Behind Your Eyelids”. Zdjęcie Anita Wąsik-Płochocińska

8 grudnia odbyła się premiera fonograficznego debiutu Szymon Nidzworski Project – „Behind Your Eyelids”, płyty z niezwykłą zawartością i piękną okładką (zdjęcie powyżej). Także tego samego dnia odbył się wyjątkowy premierowy koncert projektu w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie, wnętrzu sprzyjającym zamyśleniu i niespiesznym wkraczaniu w muzyczną przestrzeń.

Kompozytor i saksofonista Szymon Nidzworski, znany był wcześniej chociażby z zespołu Magnolia Acoustic Quartet. Nagrał z nim trzy płyty, w tym dwie dla Fortune Records: utrzymaną w klimacie free-jazzowym „Boozer” (2013) z gościnnym udziałem saksofonisty Macieja Obary obecnie debiutującego w ECM – oraz „Cinderella” (2014), idącą stylistycznie w stronę M-Base. Lider Szymon Nidzworski Project ma klasyczne wykształcenie muzyczne, ale jego kompozycje wymykają się jednoznacznym przyporządkowaniom gatunkowym. Są w nich i elementy etniczne, skandynawskie („muzyka fiordów”), są brzmienia przywodzące na myśl jazz spod znaku wytwórni ECM, ale też muzykę filmową. „Behind Your Eyelids” wzywa, by przystanąć, wziąć głęboki oddech („Take a breath” to tytuł jednego z utworów i przesłanie, które widzimy, gdy otwieramy płytę), posłuchać jak brzmi cisza i jak z ciszy rodzi się dźwięk. A może zmrużyć oczy i mając zamknięte powieki, obcując w swoim własnym tempie z muzyką, dostrzec coś, czego przedtem nie zauważaliśmy?

Szymon Nidzworski – koncert w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie, 8 grudnia 2017 r. Fot. Paweł Zanio – solovsky.com

Zacząłem myśleć o tym projekcie jakieś 5-7 lat temu, natomiast pierwsza jego koncepcja powstała jeszcze w czasach licealnych – mówi Szymon Nidzworski. – Projekt dojrzewał długo, bo zarówno dobranie muzyków idealnie pasujących do realizacji, jak i sam fakt gotowości do wydania tej muzyki potrzebowały po prostu czasu. Nie chodzi przecież o to, by znaleźć dowolnego tubistę czy akordeonistę, ale takich, którzy grają w określony sposób. To jest muzyka bardzo przestrzenna – i cała trudność polega na tym, żeby budować napięcie z prostych elementów. Nie każdy potrafi się w tym odnaleźć. Z częścią muzyków poznałem się przy okazji wcześniejszych projektów: z klarnecistą Oliwerem Andruszczenko, akordeonistą Mateuszem Stankiewiczem czy perkusistą Patrykiem Doboszem, z którym graliśmy razem w Magnolia Acoustic Quartet.

– Pomyślałem o muzyce, która nie będzie „na wyścigi” – tłumaczy Nidzworski. – Pojawia się teraz dużo muzyki, w której artyści się jakby przekrzykują: kto zagra szybciej, mocniej, agresywniej. Postanowiłem się temu przeciwstawić, spróbować dotrzeć do słuchacza nie krzykiem, ale szeptem, małymi rzeczami. Oczywiście na mojej najnowszej płycie też są momenty, w których dzieje się muzycznie naprawdę dużo. Jednak to, co robię w Szymon Nidzworski Project, jest niejako w kontrze do moich poprzednich dokonań.

– Muzyka klasyczna zawsze była dla mnie punktem wyjścia. Klasyka daje w moim odczuciu inny rodzaj warsztatu niż przestrzeń czysto jazzowa, także inne spojrzenie na różne gatunki muzyki. Nie twierdzę, że lepsze, lecz po prostu inne. W Polsce dominuje podejście hermetyczne, myślenie: albo jazz, albo klasyka, tak jakby te rodzaje muzyki nie mogły się przenikać. Wiele razy słyszałem o sobie, że mam „jazzowy dźwięk”, ale sam zawahałbym się, gdybym miał się nazwać saksofonistą jazzowym. Tak było już w czasach Magnolia Acoustic Quartet. Niby to zespół jazzowy, ale kontrabasista Mateusz Dobosz jest stricte klasykiem, perkusista Patryk Dobosz jazzmanem do szpiku kości, pianista Kuba Sokołowski chodzącą encyklopedią współczesnego jazzu i szeroko rozumianej muzyki współczesnej, a ja klasykiem, który inspiruje się bardzo różnymi rzeczami. Czy jednak rzeczywiście potrzebujemy takich ścisłych definicji: ktoś jest jazzowy, a ktoś klasyczny? Sam w kontekście „Behind Your Eyelids” zadaję sobie pytanie: jaka to jest właściwie muzyka i jak zostanie odebrana przez słuchaczy? – mówi lider SNP.

Szufladkowania nie ułatwia fakt, że utwory zostały napisane na niecodzienny zestaw instrumentów, przede wszystkim dętych (saksofony tenorowy i sopranowy, na których gra lider oraz barytonowy – Szymon Zawodny, klarnet i klarnet basowy – Oliwer Andruszczenko, waltornia – Ewa Paciorek, tuba – Mateusz Sejdak, trąbka – Jan Harasimowicz i Damian Marat, akordeon – Mateusz Stankiewicz). Niektórzy słuchacze zetkną się być może po raz pierwszy na tej płycie z suką biłgorajską. Ten staropolski instrument smyczkowy, zrekonstruowany w latach 80-tych XX wieku na podstawie akwareli Wojciecha Gersona, nasyca muzykę Nidzworskiego pierwiastkiem ludowym, czy – jak sam woli mówić – etnicznym. Na suce (i w jednym utworze na skrzypcach) gra Helena „Suka” Matuszewska. Jak widać z artystycznego pseudonimu suka to jej ukochany instrument (znana jest też z gry w zespołach „Same suki” czy „InFidelis”). Ponadto kilkakrotnie pojawia się perkusja (Patryk Dobosz), między innymi w krótkich duetach z saksofonem. Nieco elektroniki do akustycznego brzmienia płyty wnosi zamykający ją utwór „Take a breath (reprise)” – za te brzmienia odpowiedzialny jest Tomasz Kłoś. To też jedyny utwór z wokalem – śpiewa tajemnicza SHY – i jedyny, który zmierza (odrobinę) w stronę muzyki popularnej.

Szymon Nidzworski Project podczas koncertu 8 grudnia w Kościele Ewangelicko-Reformowanym w Warszawie. Fot. Paweł Zanio – solovsky.com

– Taki duży skład stwarza oczywiście problemy logistyczne – mówi Nidzworski. – Zachowałem sobie na pamiątkę kalendarz, w którym są ślady tego, jak dogrywałem terminy u wszystkich muzyków uczestniczących w sesji nagraniowej. Nagraliśmy album w 24 godziny – dwa podejścia po 12 godzin. Byliśmy niesamowicie zmęczeni, ale też szczęśliwi – tyle godzin, zwłaszcza przy grze na instrumentach dętych, to naprawdę potężne wyzwanie.

Rozmawiałem niedawno o „Behind Your Eyelids” z pianistą Aleksandrem Dębiczem, partnerem Nidzworskiego w innym, w dużej mierze improwizowanym projekcie „Simple Tales”. Słuchał płyty po raz pierwszy w nocy, gdy prowadził samochód, klucząc po leśnych drogach. Zestawienie mrocznej chwilami muzyki z głęboką ciemnością za oknem auta wywarło na nim mocne, „filmowe” wrażenie. Potem słuchał płyty już w domu, na dobrym sprzęcie i wtedy przykuła z kolei jego uwagę dbałość o szczegóły brzmieniowe. To przykładanie wagi do detali jest jednym z powodów, dla których, jak mówi, lubi grać z Nidzworskim.

Szymon Nidzworski. Fot. Anita Wąsik-Płocińska

W dwóch utworach na płycie (tytułowym „Take a breath” – „Weź oddech” i „Behind your eyelids” – „Pod Twoimi powiekami”) pojawiają się poetyckie teksty napisane przez Nidzworskiego i Annę Kuk. Czyta je wybitny aktor, dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, Andrzej Seweryn. Jego głos oraz wyważona interpretacja znakomicie współgrają z muzyką. „To jest projekt, który daje odbiorcy czas”, mówi aktor w tekście zamieszczonym w dołączonej do płyty książeczce. I dalej o Nidzworskim: „…myślę, że to On stworzył mnie, że to On stworzył mój głos. Taki jaki słychać w tym nagraniu.”

– Teatr Polski to był mój pierwszy zawodowy kontakt z teatrem – wspomina Nidzworski. – Byłem na drugim lub trzecim roku studiów na UMFC, gdy na którymś z Salonów Poezji pojawiło się zapotrzebowanie na improwizującego saksofonistę. Wziąłem udział w tym przedsięwzięciu i od razu poznałem dwóch gigantów teatralnej sceny – Andrzeja Seweryna i Olgierda Łukaszewicza. Na początku grałem sam, na saksofonie lub duduku, potem także w większych składach, np. z obojem i akordeonem. Na 100. Salonie Poezji miał także okazję wystąpić Szymon Nidzworski Project. Napisałem wtedy muzykę do Apokalipsy według św. Jana z tekstami biblijnymi czytanymi przez całą obsadę Teatru Polskiego. Tam dostrzegłem, jak pięknie można łączyć muzykę ze słowem. Słowo było nadrzędne. Na mojej płycie są odwrotne proporcje: muzyka jest w roli głównej, a tylko w dwóch utworach pojawiają się teksty – mówi kompozytor. Lata współpracy Nidzworskiego i Seweryna dały świetny efekt. Mimo że aktor i pozostali muzycy fizycznie nie spotkali się w studiu nagraniowym (zgranie terminów było niewykonalne), utwory brzmią tak, jakby siedzieli obok siebie.

Wydawcą tej niecodziennej płyty jest Fundacja Plateaux. Dystrybucją „Behind Your Eyelids” zajmuje się natomiast Warner Music Poland. W dniu 8 grudnia płyta pojawiła się w sprzedaży zarówno jako krążek CD, jak i w serwisach streamingowych. Kto może posłuchać Szymon Nidzworski Project na żywo bądź na płycie – niech to koniecznie zrobi.

Rozmawiał: Paweł Piasecki

Cały album jest dostępny w serwisach streamingowych Tidal i Spotify.

Płytę można kupić m.in. poprzez Empik.com
Szymon Nidzworski – fot. Anita Wąsik-Płocińska

Natalia Rubiś-Krzeszowiak: trema jest dodatkową sprężyną

Natalię Rubiś-Krzeszowiak poznałem podczas Festiwalu Bachowskiego w Świdnicy na przyjęciu po świetnym wykonaniu opery Wolfganga Amadeusza Mozarta „Così fan tutte”, w której zaśpiewała partię Fiordiligi. W czasie tegorocznego festiwalu „Chopin i jego Europa” zobaczyłem Natalię na okładce płyty DVD z nagraniem „Messa da Requiem” Gaetano Donizettiego wykonanego rok wcześniej na tym samym festiwalu. Już wtedy powstał pomysł na wywiad z Natalią, jednak nie udało się go wtedy opublikować. Już w najbliższy wtorek, 17 października 2017, w ramach obchodów 168. rocznicy śmierci Fryderyka Chopina, Natalia Rubiś-Krzeszowiak wystąpi w Requiem d-moll KV 626 Wolfganga Amadeusza Mozarta w Bazylice św. Krzyża w Warszawie. To dobra okazja, żeby opublikować zapis naszej rozmowy.

Michał Orzechowski: W zeszłym roku brałaś udział w festiwalu Chopin i jego Europa. Jak wspominasz ten Festiwal?

Natalia Rubiś-Krzeszowiak: Niesamowita energia, zaangażowanie i życzliwość ludzi związanych z Festiwalem. Niezwykle gorąca i entuzjastyczna publiczność, która po koncercie zgotowała nam fantastyczne owacje!

MO: Śpiewałaś w warszawskiej Bazylice św. Krzyża przed sercem Chopina. Czy było to dla Ciebie ważne doświadczenie?

NRK: Bazylika św. Krzyża to magiczne miejsce, w którym czuć niesamowitego ducha przeszłych wydarzeń i ducha patriotyzmu. Jeśli pomyślimy, kto był w tym kościele, modlił się, ilu ludzi szukało tu pocieszenia w trudnych czasach, lub że żegnano tu po raz ostatni Stanisława Moniuszkę czy Karola Szymanowskiego, serce ogarnia niesamowita fala ciepła, dumy i poczucia przynależenia do czegoś większego i piękniejszego. Dla młodego artysty występ w tym miejscu, z tak wspaniałą widownią to absolutnie wyjątkowe przeżycie.

MO: W sierpniu ukazała się płyta DVD z nagraniem ubiegłorocznego koncertu, jak czuje się młody artysta, który widzi siebie na okładce płyty?

NRK: Widzieć swoje nazwisko u boku tak wspaniałych artystów jak Václav Luks, Agnieszka Rehlis, Jan Martiník i inni, oraz bycie częścią Festiwalu „Chopin i jego Europa” – w pierwszej chwili to coś zupełnie abstrakcyjnego! Są to rzeczy, na które pracuje się ciężko i wytrwale, a kiedy te marzenia zaczynają się spełniać wielki uśmiech pojawia się na twarzy. Uśmiech, w którym kryje się szczęście, zadowolenie, duma z dobrze wykonanej pracy i wdzięczność. Ogromna wdzięczność za zaufanie, jakim mnie obdarzono w tej chwili.

MO: Jak zachęciłabyś melomanów do kupienia płyty? Co wyjątkowego jest dla Ciebie w Requiem Gaetano Donizettiego? Co jest największą siłą tej muzyki i tego nagrania?

N: „Requiem” Donizettiego to dzieło zupełnie wyjątkowe. Niesamowita słodycz linii wokalnych i instrumentalnych sprawia, że bardzo łatwo jest zatopić się w tej muzyce, wzruszyć, przeżyć tekst, w którym kryje się smutek, lęk, ufność, miłość i dobro. Orkiestra i chór Collegium 1704 prowadzone przez Václava Luksa brzmią fantastycznie, z niezwykłym smakiem i wyczuciem stylu. Niezwykle piękne są sola basowe, fantastycznie zaśpiewane przez Jana Martiníka. Wszyscy czuliśmy wyjątkową atmosferę tego wieczoru, niezwykłe wzruszenie płynące od publiczności, dlatego to nagranie jest bardzo szczere i niezwykle osobiste. Każdy z nas ma kogoś za kimś tęskni, kogoś pożegnał. I to czuć w tym nagraniu.

MO: Już w najbliższy wtorek zaśpiewasz w Bazylice św. Krzyża w Requiem Mozarta. Kolejne wielkie dzieło, duża forma, doborowa obsada. Jak przygotowujesz się do takich koncertów?

N: „Requiem” Mozarta jest jednym z najpiękniejszych utworów jakie zostały skomponowane, cieszy się nieustającą popularnością zarówno wśród słuchaczy jak i wykonawców. Jestem ogromnie szczęśliwa, że mogę je wykonać z tak znakomitymi artystami!

To „Requiem” śpiewałam już kilkakrotnie, ostatni raz – będąc jeszcze studentką – z Capellą Cracoviensis i Fabio Bonizzonim. Śpiewałam wtedy partię solową i chóry (niemałe wyzwanie, ale jaka radość i satysfakcja!), więc utwór nie jest mi obcy. Niemniej jednak, przed każdym nowym projektem spotykam się z pianistą i pracujemy razem kilka dni nad danym utworem. Regularnie odwiedzam moją cudowną nauczycielkę, Doris Yarick-Cross, która jest dla mnie wielką inspiracją. Jest bardzo wymagająca, niezmiernie mnie wspiera i po każdym naszym spotkaniu wracam z toną nowej energii, z nowymi informacjami, nowymi możliwościami. Właśnie wróciłam z takiej tygodniowej wizyty. Codziennie pracowałyśmy nad techniką, nowymi utworami i oczywiście także nad „Requiem” Mozarta.

Uważam, że nieważne, jak dobrze znasz utwór – za każdym razem powinieneś podchodzić do niego ze świeżym spojrzeniem, ciekawością i pokorą.

MO: Czy masz tremę przed koncertami?

N: Myślę, że trema jest nieodłączną częścią tego zawodu. Trzeba tylko umieć wykorzystać ją do swoich potrzeb. Dla mnie trema jest dodatkową sprężyną, zastrzykiem energii. Uwielbiam te motyle w brzuchu przed każdym wejściem na scenę. Emocje związane z nowym miejscem, nową publicznością, nowym utworem sprawiają, że daję z siebie jeszcze więcej.

Trema jest czymś, czego doświadczasz w pełni dopiero przed samym występem, nie czujesz jej na lekcji, na próbie, nie „nauczysz się” jej – jest niezależna od ciebie. Jedyne co możesz zrobić, to za każdym razem być świetnie przygotowanym, znać utwór i swoją partię; jak mówi wspaniała śpiewaczka Joyce DiDonato: minimalizować niewiadome. Jeśli wiesz, że jesteś przygotowany, przećwiczyłeś wszystko wielokrotnie, to dlaczego akurat podczas występu ma ci coś nie wyjść? Uwielbiam to podejście!

MO: Czego słucha na co dzień Natalia Rubiś-Krzeszowiak?

N: Uwielbiam ciszę. Często mam potrzebę ciszy i wsłuchiwania się w to, co dzieje się podczas ciszy. Czasem zapominamy, że cisza też „gra”.

Koncerty fortepianowe Rachmaninowa w wykonaniu Krystiana Zimmermana nigdy mi się nie znudzą. Zawsze z przyjemnością zanurzę się z kompozycjach Chopina, a gdy mam zbyt dużo energii włączam popisowe arie Händla lub Vivaldiego.

MO: Jakie są Twoje najbliższe plany muzyczne?

N: Zaraz po Requiem wracam do Stanów, na Yale University, gdzie wykonam „Pieśni żydowskie” Mieczysława Weinberga. Ten rok zakończę w Krakowie na gali, podczas której wystąpię m.in. z moim mężem Krystianem Krzeszowiakiem i wspaniałą Małgorzatą Walewską. Razem z Krystianem wydajemy też płytę z duetami miłosnymi „Kochaj mnie”, planujemy serię koncertów, które będą ją promować. Jeden z nich, już 19 listopada odbędzie się w Warszawie.
Z niemiecką orkiestrą L’arte del mondo, z którą we wrześniu współpracowałam przy Orfeo 2.0 – współczesnym podejściu do Monteverdiego, nagrywam w przyszłym roku dla Sony operę Salieriego „La fiera di Venezia”, którą wykonam również w teatrze w Schwetzingen w maju oraz we wrześniu w Leverkusen. W marcu znowu zaśpiewam „Messa da Requiem” Donizettiego pod batutą Václava Luksa, tym razem w Poznaniu.

2019 rok zapowiada się pod znakiem Händla, którego muzykę zaprezentujemy w Pradze, Brnie i w Znojmie z zespołem Czech Ensemble Baroque. Czeka mnie również kilka konkursów i cała masa przesłuchań – proszę o trzymanie kciuków!

Rozmawiał: Michał Orzechowski, Baroque Goes Nuts!

Natalia Rubiś-Krzeszowiak

Absolwentka prestiżowego programu operowego w Yale School of Music u prof. Doris Yarick- Cross. W Polsce ukończyła z wyróżnieniem Akademię Muzyczną we Wrocławiu, studiowała również u prof. Hendrikje Wangemann w Hochschule für Musik w Dreźnie.

Zadebiutowała podczas Händel-Festspiele w Halle w czerwcu 2014 roku partią Calisto w operze Giove in Argo G.F. Händla. Następnie wystąpiła m.in. jako Sivene w operze Ch.W. Glucka Le Cinesi w Goethe-Theater w Bad Lauchstädt i podczas Dolnośląskiego Festiwalu Muzycznego oraz jako Romilda w operze Xerxes w Staatsschauspiel w Dreźnie. W lutym 2016 wcieliła się w partię Heleny w Midsummer Night’s Dream B. Brittena w produkcji Claudii Solti w Shubert Theater w New Haven, a w maju zadebiutowała w partii Fiordiligi w Così fan tutte Mozarta z Capellą Cracoviensis. Tę samą partię zaśpiewała w sierpniu 2017 na 18. Festiwalu Bachowskim w Świdnicy W sierpniu 2016 wystąpiła na festiwalu Chopin i jego Europa w Requiem Gaetano Donizettiego.

Natalia Rubiś występuje również w repertuarze oratoryjnych i pieśniarskim w kraju i za granicą. Z Collegium 1704 i Václavem Luksem wystąpiła z kantatami J.S. Bacha w Pradze i Dreźnie oraz z solowym recitalem z muzyką G.F. Händla. W listopadzie 2014 roku wzięła udział w polskiej prapremierze utworu Tempo e tempi E. Cartera na sopran solo i kwartet instrumentów na Festiwalu Nostalgia w Poznaniu. Poza granicami kraju promuje polską muzykę pieśniarską, włączając do swoich recitali utwory Chopina, Szymanowskiego, Maklakiewicza i innych. Występowała z takimi dyrygentami i zespołami jak: Rune Bergmann, Fabio Bonizzoni, Vàclav Luks, Jan Tomasz Adamus, Rachel Podger, Tadeusz Wojciechowski, Adam Banaszak, Jarosław Thiel, Gioele Muglialdo, Marek Czekała, Jacek Rogala, Jan Ślęk, Collegium 1704, Capella Cracoviensis, Harmonologia, l’Arte del Mondo, European Union Baroque Orchestra i inni.

W 2013 roku zdobyła nagrodę specjalną na konkursie im. Marii Malibran w Mediolanie, w 2010 – nagrodę Giovane Promessa na konkursie Musica Sacra w Rzymie. Jest laureatką drugiej nagrody na konkursach 21st Century Art w Kijowie (2009) oraz im. Franciszki Platówny we Wrocławiu (2008).

Od kilku lat współpracuje z Wojciechem Siudmakiem i Francisem Lai przy Międzynarodowym Projekcie Pokoju „Wieczna Miłość”, którego jest Ambasadorką.

 

Maciej Puto o bydgoskich „Kontrastach”

Maciej Puto, dyrektor Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz
Maciej Puto, dyrektor Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz

W piątek 6 października rosyjsko-ukraińskim akcentem („Dzwony” Siergieja Rachmaninowa oraz „Siedem słów Chrystusa na krzyżu”, utwór współczesnego ukraińskiego kompozytora Oleksandra Rodina pod batutą ukraińskiego dyrygenta Mykoła Diadury i z ukraińskimi solistami) zakończył się w piątek 55. Bydgoski Festiwal Muzyczny. Od dwóch lat odbywa się pod tytułem “Kontrasty”. Dyrektor Filharmonii Pomorskiej Maciej Puto opowiada o tym wydarzeniu, a także trochę o muzycznej historii Bydgoszczy i edukacji młodych melomanów.

MACIEJ PUTO: Cykl „Kontrasty” to pomysł Kaia Bumanna, szefa artystycznego Filharmonii Pomorskiej (FP). Poznaliśmy się w okresie, gdy był dyrektorem artystycznym Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku – często prowadziłem tam koncerty. Gdy postanowiłem wziąć udział w konkursie na dyrektora Filharmonii w Bydgoszczy w 2015 roku, od razu wiedziałem, że chcę startować wespół z Kaiem, czynnym muzykiem, jako swoim szefem artystycznym. Spotykaliśmy się wielokrotnie, uzgadniając repertuar, jaki chcemy zaproponować na najbliższy sezon. Jego bardzo istotnym elementem był odbywający się od ponad 50 lat Bydgoski Festiwal Muzyczny, który przez lata parokrotnie zmieniał kształt. Zaczynał jako festiwal muzyki polskiej, potem doszła muzyka dawna, czyli  od 1966 roku założony przez dyrektora Andrzeja Szwalbe (pierwszego, długoletniego dyrektora FP) festiwal i kongres  muzykologiczny Musica Antiqua Europae Orientalis. Mieliśmy z Kaiem wrażenie, że dotychczasowa formuła festiwalu się wyczerpała i zaproponowaliśmy autorski projekt „Kontrasty”.

Kai Bumann, dyrektor artystyczny Filharmonii Pomorskiej. Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz

Co roku głównemu hasłu towarzyszy inny podtytuł: w ubiegłym roku “Wolność” (w każdym aspekcie: filozoficznym, politycznym, ekonomicznym, artystycznym), w bieżącym – “Polska i sąsiedzi”. Tegoroczny festiwal traktujemy jako wprowadzenie do stulecia niepodległości. Chcieliśmy pokazać polską kulturę muzyczną na tle kultur naszych sąsiadów. Wychodzimy bowiem z Kaiem z założenia, że wzajemne przenikanie się kultur i twórczość pogranicza jest czymś najciekawszym, rodzącym zupełnie nowe jakości. W tym roku na festiwalu prezentujemy utwory kompozytorów oraz gościmy artystów z krajów ościennych: Niemiec, Czech, Słowacji, Ukrainy, Białorusi, Litwy i Rosji. Poświęcamy też uwagę współtworzącym od wieków kulturę polską „sąsiadom wewnętrznym”, czyli Żydom i Romom. Na festiwalowe preludium 11 września zaprosiliśmy słynnego kantora synagogi przy Piątej Alei w Nowym Jorku Josepha Malovany’ego, który wraz z chórem wrocławskiej Synagogi pod Białym Bocianem zaśpiewał tradycyjne pieśni i modlitwy synagogalne. 11 września to data bardzo wymowna: rocznica zamachu na World Trade Center. Zamach ten wydarzył się w 2001 r. podczas naszego festiwalu: pamiętam, że szedłem właśnie do radia, by zachęcić melomanów do udziału w koncertach, gdy dowiedziałem się, że wszystkie media relacjonują tragedię dziejącą się w Stanach Zjednoczonych.

Filharmonia Pomorska w Bydgoszczy. Zdjęcie zrobione 11 września br., przed koncertem Josepha Malovany’ego. Widoczna reklama recitalu Aleksandry Kurzak 15 września. Fot. Paweł Piasecki

W Międzynarodowy Dzień Muzyki 1 października na festiwalu zabrzmiała zaś autentyczna poezja romska w poemacie symfonicznym „Harfy Papuszy” Jana Kantego Pawluśkiewicza. (O tym koncercie pisaliśmy na Melomani Online: http://melomanionline.pl/2017/10/harfy-papuszy-na-miedzynarodowy-dzien-muzyki-w-bydgoszczy/). Papusza była związana z naszym regionem: przez wiele lat mieszkała w Inowrocławiu, tam jest też pochowana.

Jan Kanty Pawluśkiewicz, kompozytor „Harf Papuszy” na scenie. Fot. © Filharmonia Pomorska

Na inaugurację tegorocznego festiwalu zaprosiliśmy 15 września niekwestionowaną gwiazdę światowych scen operowych, sopranistkę Aleksandrę Kurzak. Przy okazji warto przypomnieć wydarzenie sprzed półwiecza: w naszej Filharmonii u progu swej wielkiej kariery wystąpił w 1964 r. włoski śpiewak Luciano Pavarotii. W Bydgoszczy gościliśmy też inne sławy m.in. pianistę Artura Rubinsteina. Mam też w pamięci koncert Aleksieja Sułtanowa, który w 1995 r. zdobył ex aequo z Philippem Giusiano drugą nagrodę w XIII Konkursie Chopinowskim w Warszawie; pierwszej nie przyznano. Obrażony Sułtanow wyjechał z Warszawy – nam udało się go ściągnąć. Pierwszy koncert po ogłoszeniu werdyktu jury wzbudził oczywiście ogromne zainteresowanie: wypełnione były nie tylko wszystkie fotele, ludzie siedzieli też na schodach i przy estradzie.

Wielka gwiazda światowych scen operowych Aleksandra Kurzak wystąpiła na inauguracji festiwalu w Filharmonii Pomorskiej 15 września. Fot. © Filharmonia Pomorska

Wracając do tytułowych „Kontrastów”, odzwierciedlają się one w programie całego festiwalu, który obejmuje wszelkie formy – od muzyki kameralnej po operową oraz epoki – od średniowiecza po współczesność. Koncert „Średniowieczny głos czeskich świętych” w interpretacji Schola Gregoriana Pragensis zorganizowaliśmy 17 września nie u nas w Filharmonii, a w XII-wiecznej romańskiej kolegiacie w Kruszwicy. Jest to obiekt ze znakomitą akustyką. To, w jakim miejscu prezentuje się dzieło, jest niezwykle ważne – muzyki sakralnej najlepiej słuchać w obiektach sakralnych, do których była przeznaczona. Wybór Kruszwicy jako miejsca koncertu był więc dla nas oczywisty.

Koncert Schola Gregoriana Pragensis w romańskiej kolegiacie w Kruszwicy 17 września. Fot. © Filharmonia Pomorska

Pamiętamy oczywiście o polskich zespołach, z którymi od lat współpracujemy. Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus Agnieszki Duczmal obchodzi niedługo 50 lat istnienia i stąd też nasze zaproszenie do udziału w festiwalu i tytuł koncertu „Amadeus – u progu półwiecza”, który odbył się 20 września.

Agnieszka Duczmal, dyrygentka, twórczyni orkiestry Amadeus na koncercie 20 września. Fot. © Filharmonia Pomorska

„Andrzej Szwalbe in memoriam” (koncert 22 września) to z kolei ukłon, który uczyniliśmy w stronę twórcy Filharmonii Pomorskiej, Bydgoskiego Festiwalu Muzycznego, powiem wręcz – twórcy muzycznej wielkości Bydgoszczy. Miałem okazję poznać go tylko przelotnie. Gdy w 1989 r. przyjechałem tu na studia w Akademii Muzycznej i przychodziłem do Filharmonii na koncerty (wystarczało wtedy okazać przy wejściu legitymację studencką i wstęp był wolny – zupełnie inne czasy!), pokazywano mi  z szacunkiem siedzącego na widowni starszego pana. Ów skromny człowiek zbudował po wojnie życie muzyczne, szerzej: intelektualne, tego miasta – muzyka była bowiem tylko jednym z elementów, którymi się interesował (przyczynił się m.in. do powstania Bydgoskiego Towarzystwa Naukowego, BWA czy gmachu operowego w Bydgoszczy).

Trzeba jednak też podkreślić, że nie budował na pustyni: pod koniec XIX wieku w Bydgoszczy życie muzyczne było intensywnie animowane przez Niemców. W Bydgoszczy występowali artyści, którzy nigdy w życiu nie dojechali do Warszawy (bo to już Rosja), tacy jak Pablo Sarasate czy orkiestra Johanna Straussa, która zresztą na bis zagrała menuet Paderewskiego. Tutaj mieszkali Hans von Bülow i Max Reger, zespoły z Berlina wystawiały tu opery, m.in. „Halkę” Moniuszki po niemiecku, rozwijały się towarzystwa śpiewacze, prężnie działały fabryki fortepianów. Nieprzypadkowo to miasto zyskało przydomek „klein Berlin”. Do tych tradycji, kontynuowanych w okresie dwudziestolecia międzywojennego, mógł nawiązać po wojnie Szwalbe.

Jego staraniem została zbudowana Filharmonia, z jego inicjatywy odnowiono też zespół pałacowo-parkowy w pobliskim Ostromecku, gdzie znajduje się stworzona przez niego kolekcja fortepianów. Gdy zrodził się pomysł międzynarodowego festiwalu i kongresu muzykologicznego Musica Antiqua Europae Orientalis, trzeba było wybudować hotel dla gości – i powstał hotel „Brda”, też właściwie dzieło Szwalbego! Dla swoich idei umiał pozyskać władze – i pierwszego sekretarza partii, i później prezydenta Bydgoszczy. Do dziś mnie zadziwia, jak w latach 50. zdołał dopiąć swego, by Filharmonia nosiła imię Ignacego Jana Paderewskiego.

Andrzej Szwalbe przystrojony wieńcem na Światowy Dzień Muzyki 1 października. Pomnik „twórcy muzycznej wielkości Bydgoszczy” stoi przed Filharmonią Pomorską.

W naszych planach na obchody 100-lecia niepodległości w przyszłym roku  -Paderewski, patron Filharmonii, jest główną postacią. Z okazji 100. rocznicy podpisania Traktatu Wersalskiego chcielibyśmy wystąpić z dziełami Paderewskiego poza granicami kraju. Mamy też zamiar opracować na orkiestrę smyczkową i nagrać trzy cykle pieśni Paderewskiego do słów Mickiewicza, Asnyka i Mendesa.

Na koniec chcę podzielić się ogólniejszą refleksją na temat odleglejszej przyszłości i wychowywania przyszłych pokoleń melomanów. Z różnych badań wynika, że odbiorcy kultury wysokiej – w państwach, w których demokracja jest ugruntowana – to jakieś 4 procent populacji. Trzeba jednak uświadamiać sobie, że te 4 procent to liderzy, którzy pociągają za sobą pozostałe 96 procent. Muzyka klasyczna nie jest dla każdego, żeby ją zrozumieć, trzeba się na chwilę zatrzymać w pędzie, wymaga pewnego wysiłku intelektualnego. Dlatego w naszej Filharmonii kładziemy tak wielki nacisk na działalność edukacyjną i zaczynamy ją już od kobiet w ciąży i najmłodszych dzieci, organizując cykl koncertów „Od brzuszka do uszka maluszka”. Przedszkolakom i ich rodzicom proponujemy Akademię Wiolimisia, mamy też zajęcia dla uczniów szkół podstawowych i specjalne koncerty dla młodzieży. Nasz system edukacyjny w sposób haniebny postponuje sztukę i dlatego mamy społeczeństwo, które jest głuche i mało wrażliwe. My staramy się w dzieciach i młodzieży wzbudzać potrzebę obcowania z pięknem. To nie jest łatwe, ale nie jest też niemożliwe. I rezultaty tego są widoczne. Bywa, że na koncertach dominują siwe głowy, ale bywa też więcej młodszych, z grupy 30-50 lat, jak choćby na koncertach z cyklu „Wszystkie kantaty Bacha”. Wiem to, bo mam zwyczaj witania melomanów przy wejściu do Filharmonii. Chcę ich poznać, dowiedzieć się, co im się podoba, a co nie i co chcieliby usłyszeć.

Staramy się prezentować główny nurt muzyki symfonicznej i kameralnej, ale oczywiście nie jesteśmy dogmatyczni. Jeśli tematy zespołu Dire Straits są zrobione na światowym poziomie przez Krzysia Herdzina, Kubę Badacha i Marka Napiórkowskiego – dlaczego tego nie zaprezentować? Zdarzają nam się więc odstępstwa od głównego nurtu, ale nie są one prowokacyjne. Na tego typu prowokacje znalazłbym publiczność, ale na jeden koncert. Przerzucanie pomostów – jak najbardziej, ale nie za wszelką cenę. Nie chcemy wyłącznie schlebiać gustom, a raczej chcemy je kształtować.

MACIEJ PUTO jest absolwentem Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy i studiów podyplomowych z zakresu zarządzania i dla menedżerów kultury. We wrześniu 2015 r. objął stanowisko dyrektora Filharmonii Pomorskiej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy. Wcześniej, w latach 1996-2007 był rzecznikiem prasowym tejże Filharmonii. Od 2011 do 2015 r. był dyrektorem Kujawsko-Pomorskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy.

Nowoczesna identyfikacja wizualna festiwalu: na zdjęciu zaproszenie na koncert „Festiwalowe preludium” i strona z festiwalowego katalogu. Fot. Paweł Piasecki

 

Alekander Dębicz: Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna

Pianista Aleksander Dębicz na rynku płytowym zadebiutował dwa lata temu świetnie przyjętym albumem “Cinematic Piano” z własnymi kompozycjami inspirowanymi muzyką filmową. W kwietniu tego roku wydał płytę “Bach Stories”, na której utworom jego “muzycznego Boga” nagranym w duecie z wiolonczelistą Marcinem Zdunikiem towarzyszą współczesne improwizacje. W piątek 1 września Dębicz wystąpił na Burakowskiej 14  w Warszawie z saksofonistą Szymonem Nidzworskim, prezentując spontanicznie wymyślone i opowiedziane muzyczne historie.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Twoje pierwsze wielkie olśnienie muzyczne?

ALEKSANDER DĘBICZ: Zapis koncertu słynnego niegdyś duetu fortepianowego „Marek i Wacek”. Rodzice puszczali mi płytę winylową i chyba mogę powiedzieć, że w dużej mierze dzięki tej fascynacji zapragnąłem zostać pianistą. Uwielbiałem też słuchać Suity „Peer Gynt” Griega, muzyki z „Akademii Pana Kleksa” i Symfonii „Niespodzianka” Haydna.

MELOMANI ONLINE: Twoi pianistyczni mistrzowie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Duże grono. Im jestem starszy, tym większe. W pewnym okresie byłem absolutnie zafascynowany Glennem Gouldem. Dalej uważam go za geniusza, ale już nie słucham tak namiętnie jak kiedyś. Nagrania Goulda bardzo często pojawiają się w filmach, a od kina też jestem mocno uzależniony. Gould ma w sobie ten rodzaj magnetyzmu, jaki wśród reżyserów czuję np. u Kubricka.

Moim idolem jest Herbie Hancock, uwielbiam też Piotra Anderszewskiego.

MELOMANI ONLINE: Instrument historyczny czy współczesny?

ALEKSANDER DĘBICZ: Rzeczą, którą ubóstwiam w muzyce Bacha, jest to, że brzmi świetnie na wszystkich instrumentach, nawet na syntezatorach, choć akurat tego nie lubię. Jestem fanem Bacha granego na instrumentach współczesnych – to czuję, to lubię, taki dźwięk mnie inspiruje. Uważam, że niesamowite emocje, które są w muzyce Bacha, można wyrazić w sposób bardzo bogaty na współczesnym instrumencie – oczywiście korzystając ze współczesnych środków.

Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę "Bach Stories" (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.
Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę „Bach Stories” (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.

MELOMANI ONLINE: Skąd zamiłowanie do muzyki filmowej?

ALEKSANDER DĘBICZ: Tą muzyką i w ogóle kinem interesuje się od dzieciństwa. Uważam, że w XXI wieku film jest najbardziej komunikatywną dziedziną sztuki. Chyba najprężniej się rozwija i jest najbliżej odbiorcy. W związku z tym jest też bardzo inspirujący. Zawsze interesowała mnie relacja dźwięku i obrazu.

W muzyce filmowej jest, było i będzie sporo kiczu i bombastyczności, ale uważam za krzywdzące wrzucanie całej muzyki filmowej do jednego worka. Jest w niej wiele zjawisk, które uważam za bardzo wyrafinowane, także w oderwaniu od obrazu.

Mam ulubionych kompozytorów takich jak Thomas Newman, Alexandre Desplat czy John Williams – zawsze czekam z wypiekami na twarzy na ich kolejny soundtrack. Chodzę do kina, żeby odebrać ich dzieło w połączeniu z obrazem.


Moją płytą („Cinematic Piano”) chciałem pokazać słuchaczom, jakie bogactwo treści jest w muzyce filmowej. To, co mnie w niej szczególne kręci – a co zazwyczaj jest realizowane przy pomocy orkiestry czy jakieś egzotycznego instrumentarium – chciałem przetransponować na język muzyki fortepianowej.

MELOMANI ONLINE: W sztuce ważna jest dla Ciebie…

ALEKSANDER DĘBICZ: Komunikatywność. Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna, dostępna tylko dla wąskiego kręgu odbiorców. Ale to nie znaczy, że należy traktować ludzi jak głupków i z góry zakładać, że nie są w stanie pewnych treści odebrać, wobec czego należy je upraszczać, żeby zostały przyswojone.

Wcale tak nie musi być. Jako przykład niech posłuży ostatni konkurs chopinowski, który był świetnie zorganizowany od strony mediów społecznościowych i docierał do ludzi w ogóle nie związanych z muzyką. Osoby, które nie chodzą w ogóle do Filharmonii, przez cały weekend słuchały Chopina. Trzeba robić swoje. Ludzie są bardzo wrażliwi i nie muszą być wykształceni muzycznie, żeby odebrać pewne emocje.

MELOMANI ONLINE: Kolejne słowo-klucz dla Ciebie to chyba improwizacja.

ALEKSANDER DĘBICZ: Uważam to za straszny błąd, że improwizacja jest obecnie kojarzona niemal wyłącznie z jazzem. W XVII i XVIII wieku to była norma – wszyscy improwizowali, w stylu, w którym się poruszali, a przecież nie był to jazz.

Tak jak teraz rozmawiamy i nie recytujemy wcześniej przygotowanych kwestii, tak w muzyce możemy korzystać ze znanego nam języka, ale mówić swobodnie – i to jest właśnie improwizacja.

MELOMANI ONLINE: Na improwizacji bazuje projekt, nad którym pracujesz obecnie z Szymonem Nidzworskim.

ALEKSANDER DĘBICZ: Szymona zawsze uważałem za wybitnego saksofonistę, z pięknym dźwiękiem i wieloma umiejętnościami, w tym kapitalną zdolnością improwizacji. Pewnego razu przy piwie zaproponował mi coś, czego nie robiłem nigdy wcześniej – żebyśmy po prostu weszli do studia, bez przygotowania, bez uzgadniania tematów i zobaczyli czy i co się zadzieje między nami. Spotkaliśmy się w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego na Okólniku i zaczęliśmy grać. Eksperyment się powiódł. Dobrze nam się rozmawia muzycznie, porozumiewamy się bez słów. Nagraliśmy ok. 20 utworów w pełni improwizowanych, teraz niektóre z nich wrzucamy do internetu. Będziemy pracować nad autorskim projektem wychodzącym od tych nagrań, choć na pewno coś też skomponujemy, nie będzie to wyłącznie improwizacja. Teraz najważniejsze, żeby to jak najwięcej ograć koncertowo. Coś, co jest oparte na improwizacji, musi wybrzmieć na żywo.

Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki
Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki

MELOMANI ONLINE: Irytują Cię sztywne podziały między gatunkami muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: Tak. W filmie nikt się nie dziwi, że Martin Scorsese raz zrobi „Gangi Nowego Jorku”, kiedy indziej „Hugo”, a jeszcze innym razem „Milczenie”. A to są przecież kompletnie inne gatunki! Każdy z nich wymaga równie dużego wkładu pracy, ale wymaga innych środków i wzbudza inne emocje. Tak samo podchodzę do muzyki.

MELOMANI ONLINE: Koncert, który zrobił na Tobie szczególnie duże wrażenie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Byłem na niezliczonej ilości fenomenalnych koncertów, więc podam te, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy: „Winterreise” F. Schuberta w interpretacji Christopha Prégardiena i Andreasa Staiera. Koncert odbył się w Studiu Polskiego Radia w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa” kilka lat temu. Artyści wydobyli z genialnej muzyki Schuberta najczystsze i najgłębsze emocje, wzruszając mnie do łez. Dramaturgii tego wielkiego koncertu nie osłabiło nawet chwilowe zejście ze sceny śpiewaka w środku cyklu z powodu ataku kaszlu.

Prawdziwą euforię wywołały we mnie dwa koncerty Herbiego Hancocka, mojego idola: w Zabrzu, gdzie wystąpił z orkiestrą symfoniczną i triem, prezentując program z płyty „Gershwin’s World”, a drugi w Warszawie w Filharmonii Narodowej promujący płytę „River: The Joni Letters”.

Wspominam też poruszający recital fortepianowy Francesco Piemontesiego na Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach. I koncert O.S.T.R. w warszawskiej Stodole.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Najczęściej słuchasz muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: W domu na głośnikach z komputera bądź z płyt, w ruchu na iPhonie przez słuchawki oraz w samochodzie.

Korzystam z serwisów streamingowych (Apple Music i Tidal), ale od czasu do czasu kupię płytę i wtedy szczególnie doceniam ten nośnik. Nie chodzi mi o jakość dźwięku, lecz o pełniejszą recepcję muzyki. Kiedy kupię płytę, włożę ją do odtwarzacza i otworzę pachnący booklet, zwykle przesłucham całość od początku do końca, skupiając się wyłącznie na muzyce. Korzystając ze streamingów, często słuchamy w sposób wybiórczy, przeskakując z utworu na utwór.

MELOMANI ONLINE: Twoje ulubione miejsce związane z muzyką?

ALEKSANDER DĘBICZ: Szczerze mówiąc nie mam takiego ulubionego miejsca. Lubię grać i słuchać muzyki w rozmaitych przestrzeniach i trudno mi wskazać jedną świątynię dźwięku, do której chciałbym szczególnie często wracać.

MELOMANI ONLINE: Płyta, do której najczęściej powracasz?

ALEKSANDER DĘBICZ: Bardzo często wracam (zwłaszcza jadąc samochodem) do soundtracku z filmu „Blues Brothers”, Piosenki z tego genialnego filmu, który towarzyszy mi już ponad 20 lat, nigdy się nie zestarzeją.

Chętnie sięgam do Bachowskich nagrań Johna Eliota Gardinera, zwłaszcza obydwu Pasji i niektórych kantat.

Nieustannie wracam do mojej ulubionej płyty O.S.T.R. „Ja tu tylko sprzątam”, płyty „Headhunters” Hancocka a także do kilku soundtracków Johna Williamsa.

A gdy mnie znużą nowości fonograficzne (których słucham dużo), to z przyjemnością puszczam sobie legendarną płytę Milesa Davisa „Kind of Blue”.

Piotr Domagała: Staram się słuchać muzyki uważnie, ale nie za dużo

Aż dwa i pół miesiąca, od 1 lipca do 17 września, trwa w Supraślu Podlasie SlowFest, wymyślony przez Romana Gutka interdyscyplinarny festiwal realizujący idee ruchu slow i umożliwiający kontakt ze sztuką w otoczeniu natury. Gitarzysta i kompozytor Piotr Domagała jest kuratorem wydarzeń muzycznych na tym nowym festiwalu.

Piotr Domagała. Fot. Leena Pubev
Piotr Domagała. Fot. Leena Pubev

MELOMANI ONLINE:  Jak doszło do nawiązania współpracy z Podlasie SlowFest?

PIOTR DOMAGAŁA: Ponad dwa lata temu zadzwonił do mnie Roman Gutek. Nie znaliśmy się osobiście, ale oczywiście wiedziałem, że jest to człowiek, który działa skutecznie w bardzo trudnym obszarze, jakim jest promocja sztuki na wysokim poziomie artystycznym, często eksperymentalnej, poszukującej. Przymierzałem się do zorganizowania festiwalu Slow Music w Krakowie, a Roman Gutek zaproponował współpracę przy jego większym projekcie, festiwalu łączącym różne dziedziny sztuki. I tak, pracując na koncepcją festiwalu slow na Podlasiu, zaczęliśmy się poznawać.

Podlasie Slow Fest, Supraśl, 1 lipca - 17 września 2017
Podlasie SlowFest, Supraśl, 1 lipca – 17 września 2017

MELOMANI ONLINE: Jaki był klucz doboru artystów występujących na scenie muzycznej Podlasie SlowFest? Czy trudno było ich namówić na występ w Supraślu?

PIOTR DOMAGAŁA: Na pierwszym miejscu znalazł się słuchacz i potrzeba stworzenia miejsca powolnego odbioru muzyki. Przez powolny odbiór rozumiem możliwość zatopienia się w dźwięku poza czasem. Tradycyjne festiwale nawet jeśli dają nam szansę na spotkanie z wybitnymi twórcami, nie pozostawiają czasu na refleksję, na przeżycie, na pełne doświadczenie wrażeń. Zależało nam na stworzeniu festiwalu „z oddechem”. Z czasem na spokojne przerobienie, przyswojenie bodźców. Kluczem doboru artystów była także wysoka jakość wykonawcza i oryginalność artystyczna. Tak po prostu. Jestem przekonany, że każdy gatunek muzyki na najwyższym poziomie zaprezentowany w odpowiednim miejscu i we właściwych okolicznościach dostarcza słuchaczom niezapomnianych wrażeń. Zapraszani przez mnie artyści reagowali bardzo pozytywnie na założenia festiwalu i chętnie podejmowali współpracę. Muzycy, którzy wystąpili do tej pory, sami o sobie mówią „pasujemy tu”.

Arianne Savall, Petter Udland Johansen i Michał Nagy na Podlasie SlowFest, 27 lipca 2017 r. Fot. Beata Marciniak
Arianne Savall, Petter Udland Johansen i Michał Nagy na Podlasie SlowFest, 27 lipca 2017 r. Fot. Beata Marciniak

MELOMANI ONLINE:  To samo zapewne powiedzą jutro członkowie  Bester Quartet, czterej klasycznie wykształceni muzycy eksplorujący różne obszary muzyki klezmerskiej, jazzowej i awangardowej. Ich festiwalowy koncert w sobotę 26 sierpnia, ma jubileuszowy charakter – zespół obchodzi 20-lecie działalności.

PIOTR DOMAGAŁA: Bardzo się cieszę, że udało mi się zaprosić ten wspaniały zespół na Slowfest. Zwłaszcza, że w tym roku obchodzą jubileusz swojej bogatej działalności artystycznej. Z Jarkiem Besterem i kolegami znamy się od wielu lat, zaczynaliśmy nagrywać w tych samych studiach, wielokrotnie koncertowaliśmy w przeróżnych projektach. Te kontakty były zawsze inspirujące. Myślę, że ich muzyka oparta na kulturze i tradycji klezmerskiej doskonale wpisuje się w klimat i nastrój Podlasia, stąd mój pomysł na jutrzejszy koncert.

MELOMANI ONLINE: Sam jest Pan cenionym muzykiem jazzowym, ale wykraczającym poza granice jednego gatunku. Na festiwalu w Supraślu wystąpi Pan z Kwartetem Śląskim – zespołem klasycznym, promując Waszą ostatnią płytę. Proszę opowiedzieć o tym muzycznym spotkaniu.

PIOTR DOMAGAŁA: Projekt Chowańce, który realizuję w wybitnymi muzykami ze Śląska, również wpasowuje się w ideę festiwalu. Zresztą muzykę do tego projektu pisałem w tym samym czasie, kiedy pracowałem nad koncepcją odbioru slow music. To również, tak jak w przypadku Podlasie SlowFest, był szczęśliwy przypadek, bo spotkałem wspaniałych ludzi. Do urealnienia tego projektu przyczynił się znacząco mój przyjaciel, gitarzysta Marek Nosal oraz Agencja Artystyczna GAP z Krakowa. A praca z Kwartetem Śląskim to czysta przyjemność. Bardzo się cieszę, że ci wybitni wykonawcy muzyki klasycznej, głównie współczesnej, podjęli wyzwanie i mogliśmy połączyć gatunki w taki sposób, żeby każdy pokazał swoją najlepszą stronę.

Piotr Domagała i Kwartet Śląski. Fot. Anna Mika
Piotr Domagała i Kwartet Śląski. Fot. Anna Mika

MELOMANI ONLINE: Obronił Pan doktorat na temat technik i możliwości gry na gitarze we współczesnej muzyce jazzowej, jest Pan wykładowcą w szkołach muzycznych. Jak znajomość teorii przekłada się na Pana praktykę wykonawczą? Jak te dwa światy – teoria i praktyka – spotykają się ze sobą?

PIOTR DOMAGAŁA: Rozwój artystyczny, zresztą rozwój w każdym obszarze, potrzebuje podglebia. Im bogatsze podglebie, tym ciekawszy efekt. Pracuję nad swoim rozwojem wielowątkowo. Oczywiście, świadomość w zakresie teorii muzyki jest bardzo ważna. Nie sztuka raz trafić w cel, sztuką jest świadome kierowanie środkami wyrazu w poszukiwaniu nowych sensów, nowych połączeń, a także nowych środków. Nie chcę wyważać otwartych drzwi. Teoria muzyki jest szeroko opracowana, ale nadal są obszary do rozmyślań. Jednocześnie działalność twórcza i praktyka wykonawcza dostarczają odpowiedzi, ale też prowadzą na nowe ścieżki i stawiają pytania, które lubię poddać dywagacjom teoretycznym. Oprócz wykształcenia muzycznego, zdobyłem też wykształcenie humanistyczne. W moim przypadku są to dwa uzupełniające się obszary, splecione i wzajemnie się wspierające.

MELOMANI ONLINE: Kiedy i gdzie będzie można Pana posłuchać po festiwalu?

PIOTR DOMAGAŁA: Bezpośrednio po Podlasie SlowFest wyjeżdżam do Austrii. Pracujemy nad nowym polsko-austriackim projektem z kolegami z Insbrucku. Będę musiał dogonić muzyków, którzy mogli poświęcić pracy koncepcyjnej całe lato. AcceptDance – tak nazywa się projekt – pokazuje różnice w podejściu do muzyki między naszymi narodami, ale w mój ulubiony sposób, czyli poprzez łączenie najciekawszych elementów i wykazanie, że różnice mogą zbliżać.

Wolfgang Mitterer, koncert na Podlasie SlowFest, 5 sierpnia 2017 r. Fot. Beata Marciniak
Wolfgang Mitterer, koncert na Podlasie SlowFest, 5 sierpnia 2017 r. Fot. Beata Marciniak

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

Transmisja Polskiego Radia z Festiwalu Jazz Jamboree. Mieszkałem w Kielcach, miałem chyba 12 lat, włączone radio. Zachwyt tak wielki, że pamiętam te emocje do dziś.

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie.

John McLaughlin i Zakir Hussain z projektem Shakti w Teatrze Roma w Warszawie w 2003 r.

Płyta, do której najczęściej powracam

Keith Jarrett – „Standards”.

Najczęściej słucham muzyki…

Trudne pytanie. W domu, w samochodzie, na żywo… Staram się słuchać muzyki uważnie, ale nie za dużo.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Moja pracownia na pl. Sikorskiego w Krakowie.

PIOTR DOMAGAŁA - gitarzysta jazzowy, wykładowca klasy gitary w Instytucie Jazzu Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Ma na swoim koncie cztery autorskie płyty.  Więcej informacji na stronie muzyka.

Maciej Farski: Muzyka towarzyszy mi od zawsze

Piotr Łyszkiewicz, Candy Dulfer, Maciej Farski
Maciej Farski (z prawej) i Piotr Łyszkiewicz – dyrektor Ladies’ Jazz Festival z Candy Dulfer, gwiazdą festiwalu w 2007 i ponownie w 2015 r.

MELOMANI ONLINE: Jak doszło do tego, że został Pan organizatorem wydarzeń muzycznych, takich jak rozpoczynający się 20 sierpnia w Gdyni koncertem Urszuli Dudziak Ladies’ Jazz Festival

Moje zawodowe zainteresowania to komunikacja marketingowa, budowanie pozycji marek, public relations. Wydarzenia, ich planowanie, organizacja i ocena to element strategii komunikacyjnych, taktyki osiągania wcześniej zamierzonych celów.

Muzyka towarzyszy mi od zawsze: lepiej czy gorzej grałem i gram na kilku instrumentach, tworzyłem różne zespoły, pisałem teksty i muzykę. Słucham mnóstwa różnych jej odmian.

Współorganizowanie wydarzeń muzycznych to dla mnie logiczne połączenie tych pasji. Jest i wyzwaniem, i przyjemnością. Daje radość obcowania z ciekawymi ludźmi, pozwala ciągle się uczyć i  rozwijać. Cały czas zbieram doświadczenia.  Jestem Koziorożcem, a te podobno na swe szczęście, czy też zgubę, dążą do perfekcji. Ja chciałbym, by nasze festiwale coraz dokładniej docierały do konkretnych, znanych nam odbiorców, spełniały ich oczekiwania, pozytywnie zaskakiwały.

MELOMANI ONLINE:  Skąd pomysł na formułę Ladies‘ Jazz Festival, który odbywa się w Gdyni już po raz trzynasty (w tym roku 20-27 sierpnia)? Inspirował się Pan jakimś innym wydarzeniem czy to w pełni autorski pomysł?

Stacey Kent na Ladies Jazz Festival w 2013 r.
Ladies Jazz Festival. Koncert Stacey Kent w Sali Koncertowej Zarzadu Morskiego Portu Gdynia, 12 lipca 2013 r. Fot. Krzysztof Mystkowski / KFP

MACIEJ FARSKI: Po pierwsze: władze Gdyni poszukiwały formuły cyklicznego jazzowego cyklicznego wydarzenia, które mogłoby trwale wpisać się w koncepcję promowania miasta. Po drugie: należy podkreślić, że twórcą Ladies’ Jazz Festival jest przede wszystkim mój przyjaciel Piotr Łyszkiewicz. To rodowity gdynianin, ale kilkanaście lat pracował w Warszawie, gdzie się poznaliśmy. Na różnych spotkaniach biznesowych byliśmy często jedynymi osobami, które wiedziały, kto śpiewa czy gra w tle 🙂 Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że nadszedł już czas, by zamiast jeździć na koncerty ulubionych wykonawców po świecie, zacząć zapraszać ich do Polski. I dziś mamy jedyny festiwal dam jazzu, podkreślający wkład i rolę kobiet w rozwój tej muzyki. Latem, nad polskim morzem, gdzie warto spędzić trochę czasu. Na przykład w Gdyni, która też jest kobietą i powstawała mniej więcej w czasie, w którym krystalizował się jazz. Jest nowoczesna, chłonna, przyświeca jej od początku może trochę buńczuczna, ale nie przaśna myśl – jakość, przyjemność, pasja, spojrzenie poza horyzont…

MELOMANI ONLINE: Trochę zdziwiłem się, widząc, że jeden  z festiwalowych koncertów odbywa się corocznie w Wejherowie…

MACIEJ FARSKI:  Jeden z koncertów Ladies‘ Jazz Festival już od czterech lat odbywa się w Wejherowie. Do tej pory festiwalowe koncerty w Filharmonii Kaszubskiej dali Banda Magda z USA, Brenda Boykin z towarzyszącym jej Club des Belugas (USA/Niemcy), Stacey Kent w specjalnym brazylijskim programie, a w tym roku wystąpi tu Kandace Springs i do tego będzie to jej pierwsza wizyta w naszym kraju i jedyny w tym roku koncert w Polsce.

Dlaczego Wejherowo? Cóż, wspaniała nowa sala koncertowa, ładna z zewnątrz i miła akustycznie, do tego na tyle duża, by można było myśleć o ciekawych artystkach z zagranicy i na tyle kameralna, by stworzyć atmosferę klubowego grania dla przyjaciół. Władze miasta i dyrekcja Filharmonii Kaszubskiej zgodziły się z nami, że to interesujące przedsięwzięcie. I nie jesteśmy odosobnieni w tym mniemaniu, bo nie po raz pierwszy wejherowski koncert Ladies‘ Jazz Festival jest wyprzedany z dużym wyprzedzeniem.

MELOMANI ONLINE:  Zagranicznymi gwiazdami Ladies‘ Jazz Festival są w tym roku Bebel Gilberto, Wendy Lands i – ku mojej ogromnej radości – wspomniana przez Pana Kandace Springs, stosunkowo mało jeszcze znana w Polsce piosenkarka i pianistka, łącząca w swych kompozycjach elementy soulu, R&B i jazzu, nagrywająca dla prestiżowej wytwórni Blue Note. Proszę zdradzić trochę sekretów z kuchni negocjacyjnej. Jak przekonują Państwo artystów, by odwiedzili Gdynię i Wejherowo? 

MACIEJ FARSKI:  Ladies‘ Jazz Festival to już przeszło 80 koncertów, przeszło 40 tysięcy słuchaczy, prawie 7 tysięcy minut muzyki na żywo, ponad 390 artystów, którym stwarzamy jak najlepsze, przyjazne warunki pracy. Zarówno słuchacze, jak i wykonawcy czują się tu dobrze, mają poczucie, że są ważni i wyjątkowi. Taki przekaz dociera do coraz większej grupy  artystek, które chcą doświadczyć tej atmosfery Ladies‘ Jazz Festival i jednocześnie przyciąga wiernych słuchaczy.

Maciej Farski, Urszula Dudziak - dyrektor artystyczna Ladies Jazz Festival, Piotr Łyszkiewicz, Magda Łyszkiewicz
Maciej Farski, Urszula Dudziak – dyrektor artystyczna Ladies’ Jazz Festival, Piotr Łyszkiewicz, Magda Łyszkiewicz

MELOMANI ONLINE: Jest Pan także współorganizatorem Siesta Festival (w tym roku odbył się w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku w dniach 21-23 kwietnia). Czy jest to propozycja muzyczna zbieżna z tym, co w swych audycjach i na składankach płytowych prezentował Marcin Kydryński?

Początkowo było to specjalne wydarzenie dla uczczenia jubileuszu coniedzielnej audycji radiowej „Siesta”. Dzięki ogromnemu zaintereresowaniu słuchaczy przerodziło się w organizowany cyklicznie festiwal. Marcin Kydryński jest jego dyrektorem artystycznym, a program festiwalu odzwierciedla prezentowane w audycji muzyczne fascynacje jej autora.

MELOMANI ONLINE: Oferta festiwalowa w Polsce jest coraz bogatsza, ale jako wciąż nienasyconemu fanowi jazzu marzy mi się festiwal taki jako North Sea. Czy myśli Pan, że doczekamy się wydarzenia tej skali w Polsce? Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, by to marzenie mogło stać się rzeczywistością?

Musielibyśmy być bogatszym krajem, zarabiać porównywalnie do Skandynawów, mieć zakodowane, że kultura to stanowczo coś więcej niż ekstrawagancja. Stworzenie dobrego festiwalu muzycznego wymaga ogromnej konsekwencji, odpowiedniej, pasującej do czasu i miejsca koncepcji, pieniędzy zarówno na program, obudowę jak i na profesjonalną, skuteczną promocję tego wydarzenia, a także czasu i cierpliwości na dopieszczenie i realizację projektu. Mamy już w Polsce wydarzenia muzyczne, które mogą spokojnie konkurować z festiwalami zagranicznymi. Umiemy je robić, jesteśmy kreatywni i nie boimy się tworzyć oryginalnych rzeczy. Czy zatem będziemy mieć festiwal na miarę North Sea, to zależy od zasobności portfeli i roli, jaką jako naród przypiszemy kulturze w naszym życiu.

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

Nie potrafię wybrać  jednego. Z dzieciństwa pamiętam „Valse Triste” Sibeliusa, „Taniec z szablami” Chaczaturiana, Bolero Ravela, trzecia część V Symfonii Beethovena, „Korowód” Marka Grechuty, Albinoniego, Corellego. Potem były rzesze przedstawicieli rocka, punku, indie, przeróżni songwriterzy, a dopiero potem Coltrane, Davis, Chet Baker…

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Hanna Banaszak na Ladies’ Jazz Festival 2012 Teatr Muzyczny - Nowa Scena w Gdyni fot. Mateusz Ochocki / KFP
Hanna Banaszak na Ladies’ Jazz Festival 2012,Teatr Muzyczny – Nowa Scena w Gdyni. Fot. Mateusz Ochocki / KFP

David Byrne w Kongresowej , Hanna Banaszak na Ladies’ Jazz Festival, Biffy Clyro w Proximie, a potem w Stodole i na Torwarze (uwielbiam ich koncertową twarz, tak inną od tej znanej z teledysków czy płyt), John Porter w różnych klubach studenckich działających w zeszłym wieku, Nick Cave w Kongresowej, Pogorelić na konkursie chopinowskim, Anoushka Shankar podczas pierwszego koncertu w Polsce na Siesta Fetival (również dlatego, że był to odważny projekt, biorąc pod uwagę charakter tego festiwalu), Patricia Barber Trio – ostatni jej koncert w Gdyni… znów pewnie za dużo, a mam nadzieję, że ta lista będzie rosła i rosła 🙂

Płyta, do której najczęściej powracam /  z której posiadania w swojej kolekcji jestem najbardziej dumny

Ostatnio najczęściej słucham „Desh” Jocelyn Pook, „Dawn Chorus” Hidden Orchestra, „Mumble” Wendy Lands (by pamiętać, że nasza gwiazda Ladies’ Jazz Festival 2017 nie samym Szpilmanem stoi), „Bental” Kobiety z Wydm (świetne teksty i utwory) oraz „Songs from Before” Maxa Richtera.

Najbardziej dumny byłem chyba z analoga „An American Prayer” The Doors, który kupiłem w antykwariacie muzycznym w Łodzi za połowę stypendium.

Najczęściej słucham muzyki…

Wszędzie i w każdych okolicznościach! W samochodzie, w pracy, w domu, chyba tylko nie na spacerach po lesie :). Muzyka towarzyszy mi od zawsze. Różna w zależności od nastroju i chwili. Na przeróżnych nośnikach i w przeróżnych formatach. Kocham dźwięki, jestem od nich uzależniony.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Coraz bardziej doceniam miejsca, gdzie można słuchać muzyki w komforcie, gdzie wygodnie się siedzi i nikt nikomu nie przeszkadza. Stąd też nasze festiwalowe koncerty organizujemy np. w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, Teatrze Muzycznym w Gdyni, dobrych salach koncertowych, które oferują słuchaczom i odpowiednią akustykę, i wysoki komfort.

MACIEJ FARSKI

Zajmuje się komunikacją marketingową i public relations. Jest współorganizatorem m.in. jedynego w Europie festiwalu poświęconego damom jazzu, Ladies’ Jazz Festival, nieprzerwanie odbywającego się od 2005 roku, oraz współorganizatorem i promotorem Siesta Festival.

Paweł Kos-Nowicki, Monika Kos-Nowicka: Opanowaliśmy sztukę kompromisu

MELOMANI ONLINE: Właśnie zbliża się do końca X edycja Letniego Festiwalu Nowego Miasta w Warszawie, którego filarem jest orkiestra Warsaw CamerataPodczas finałowego koncertu w niedzielę 6 sierpnia zadyryguje nią Jerzy Maksymiuk. Cofnijmy się jednak do samego początku – jak zrodziła się ta inicjatywa? Będzie to też zapewne, Pawle, opowieść o orkiestrze, którą prowadzisz obecnie i jej poprzedniczce – Nowej Orkiestrze Kameralnej.

Paweł Kos-Nowocki dyryguje orkiestrą Warsaw Camerata. Zdjęcie: Weronika Pawłowska.
Paweł Kos-Nowicki dyryguje orkiestrą Warsaw Camerata. Zdjęcie: Weronika Pawłowska.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Historia zaczyna się w roku 1999-2000. Spotkaliśmy się z grupą przyjaciół podczas pracy nad operą Jerzego Fryderyka Handla „Sosarme” w Akademii Muzycznej w Warszawie. Miałem początkowo być asystentem dyrygenta, który jednak się wycofał i Agata Sapiecha, która sprawowała kierownictwo muzyczne zapytała, czy nie stanąłbym za pulpitem. Jednocześnie właśnie wtedy przyjechał do Polski Richard Berkeley, kontratenor, obecnie prezes Fundacji Nowa Orkiestra Kameralna. Miał warsztaty z odtwórcami głównych ról wokalnych. Zaproponował, żebyśmy zrobili coś dalej na bazie zespołu pracującego and tym przedsięwzięciem.
Ja byłem wówczas jeszcze studentem i marzyłem o posiadaniu własnej orkiestry, Monika była tuż po studiach. W tym czasie państwo raczej wycofywało się z wspierania finansowo tego rodzaju inicjatyw, my z kolei nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni do myślenia rynkowego: trzeba mieć produkt, który się sprzedaje. Zaczęliśmy grać nie mając wsparcia znikąd, spotykaliśmy się po prostu z grupą przyjaciół na próbach i koncertach: tak funkcjonowaliśmy przez pierwsze dwa lata.

MELOMANI ONLINE: To z czego żyliście wtedy?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Mieliśmy szczęście – ojciec Moniki radził sobie dobrze finansowo i zgodził się utrzymywać dwóch darmozjadów – artystów „na dorobku”. Rola tego mecenesa była absolutnie nie do przecenienia 🙂 Jako student miałem też stypendium Ministerstwa Kultury za wyniki, a ponadto rentę rodzinną, gdyż mój ojciec zmarł wcześnie, w 1997 r. Do 26. roku życia funkcjonowałem po części na koszt państwa i wspominam to bardzo dobrze. Mieliśmy więc możliwość pracy marzycielskiej. Richard też powtarzał, że żaden zespół tego typu nie może istnieć bez programów edukacyjnych (w języku angielskim jest na to ładne określenie „outreach”). Pierwsze dostacje od miasta dostaliśmy właśnie na działania wśród uczniów.
Po pięciu latach funkcjonowania pojawił się w dzielnicy Śródmieście konkurs na zorganizowanie cyklu imprez kulturalnych w obrębie Traktu Królewskiego. To był początek Festiwali Nowego Miasta. Graliśmy wtedy w cztery niedziele w czterech kościołach – oprócz tych, które są z naszą imprezą związane na stałe od 10 lat (dominikanie na Freta, franciszkanie na Zakroczymskiej i kościół Nawiedzenia NMP na ul. Przyrynek), występowaliśmy wtedy jeszcze w kościele paulinów na ul. Długiej.

MELOMANI ONLINE: Czy macie jakieś „odgórne” uzgodnienia ze stroną kościelną?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Nie, umawiamy się w każdym z tych miejsc z osobna. Po dziesięciu latach przeor dominikanów, gwardian u franciszkanów czy proboszcz na Przyrynku wiedzą kto, do nich przychodzi i po prostu w pewnym momencie zaczynamy pracę. Franciszkanie chcą zresztą, żebyśmy grali u nich więcej koncertów, nie tylko podczas Festiwalu, ale w ciągu całego roku. Ja się z tego bardzo cieszę, bo przez wieki właśnie w kościołach sztuka wzrastała i kwitła. Uważam, że to jest dobre miejsce dla sztuki. Może nie perfekcyjne do grania, ale zawsze można znaleźć utwory pasujące do tych wnętrz.

Wracając jeszcze do historii festiwalu: w 2009 r. ówczesny burmistrz Śródmieścia Piotr Królikiewicz zasugerował nam, żebyśmy skupili się na muzyce polskiej. To było trochę pytanie, trochę życzenie, ale w zasadzie propozycja nie do odrzucenia. Zrozumieliśmy, że albo tak, albo wcale. Nie było nam jednak z tym nie po drodze, gdyż od początku uważaliśmy, że kto jak nie my ma pokazywać polską muzykę.

Monika Kos-Nowicka. Zdjęcie z archiwum domowego.
Monika Kos-Nowicka. Zdjęcie z archiwum domowego.

MONIKA KOS-NOWICKA: Zaczęliśmy wtedy sprawdzać i okazało się, że nie ma wielu imprez z muzyką wyłącznie polską.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Jak widać to przyjęło się, funkcjonuje i będzie funkcjonować dalej.

MELOMANI ONLINE: Jak z Nowej Orkiestry Kameralnej zrodziła się Warsaw Camerata?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Fundacja Nowa Orkiestra Kameralna zaczęła robić dużo rzeczy dookoła: miała amatorski chór, szkolenia, jakieś działania biznesowe. I w pewnym momencie NOK zaczęto postrzegać jako zespół hobbystów. Poza tym orkiestra przestała być „nowa”. Doszliśmy do wniosku, że trzeba trochę uporządkować te różne obszary. Powstał Chór Warszawski zamiast chóru FNOK, powstała Warsaw Camerata i każdy zaczął trochę pracować na swój rachunek, choć Fundacja pozostała zapleczem organizacyjno-finansowym. Podkreślamy jednak zawsze, że Warsaw Camerata wywodzi się z NOK – zespołu, który kiedyś występował z samym Christopherem Hogwoodem.

Paweł i Monika Kos-Nowiccy z Christopherem Hogwoodem
Paweł i Monika Kos-Nowiccy z Christopherem Hogwoodem

MELOMANI ONLINE: Robicie oboje wiele, by kolejne pokolenie – na razie w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym – nie wzdragało się w przyszłości, słysząc słowo „filharmonia”. Moniko, edukacja najmłodszych melomanów to zdaje się głównie Twoja działka.

MONIKA KOS-NOWICKA: Przede wszystkim trzeba tu powiedzieć o Filharmonii Przedszkolaka. Wymyśliliśmy ten program, kiedy nasz starszy syn był w wieku przedszkolnym. Zaczęło się od wizyty w jego przedszkolu pod hasłem „co robią Twoi rodzice”: ja z koleżankami jako kwartet coś zagraliśmy, a Paweł opowiadał o muzyce klasycznej, która nie jest wcale taka straszna. Zostaliśmy dobrze przyjęci, więc zaczęliśmy pisać wnioski do miasta i dzielnic i z powodzeniem rozszerzyliśmy program na kolejne placówki, głównie przedszkola państwowe.
W tym roku mieliśmy ok. 400 godzin różnej działalności animacyjnej.
Dla starszych dzieci wymyśliliśmy warsztaty, podczas których muszą podejmować decyzje twórcze: co mamy zagrać, jaką historię przedstawić.
Organizujemy też od wielu lat cykl Koncertów Rodzinnych na Łowickiej, w tej chwili czekamy na rozstrzygnięcie kolejnego konkursu.

MELOMANI ONLINE: Czy małe dzieci podczas koncertów mogą się swobodnie przemieszczać?

MONIKA KOS-NOWICKA: Nie, to byłoby logistycznie trudne do ogarnięcia.

MELOMANI ONLINE: I udaje się utrzymać ich uwagę?

MONIKA KOS-NOWICKA: Tak, gramy krótkie fragmenty. Jeżeli jest dłuższy utwór, to dzielimy go na części, przeplatane opowieściami o tym, co można usłyszeć. Wszystko jest dopasowane do percepcji dzieci.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Co ważne, nie jest to słuchanie dla słuchania. Moja koleżanka, doktor psychologii, powiedziała kiedyś, że dziecko musi mieć jasno wyznaczony cel słuchania. Słuchanie muzyki, bo jest ładna, u większości dzieci przedszkolnych nie ma sensu.

Zajęcia z dziećmi w szkole podstawowej
Zajęcia z dziećmi w szkole podstawowej

MELOMANI ONLINE: Jaki może być ten cel?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Na przykład próba policzenia, ile razy w Rondzie Mozarta pojawia się temat albo jakie zwierzaki ukryły się w „Wiośnie” Vivaldiego. Jeśli np. jeż, to pytamy, który instrument zagrał jeża.
Rzeczą frustrującą jest to, że muzyka nas w tej chwili otacza praktycznie bez przerwy – jest tłem, które nie zawsze nam odpowiada, ale nie mamy na to wpływu. I obserwujemy, że dzieci słuchają, kiedy do nich mówimy, ale gdy zaczynamy grać – natychmiast zaczynają rozmawiać. Przy muzyce gadamy wszędzie: w kawiarni, w sklepie, w samochodzie. Dzieci wyciągają po prostu wnioski z zachowania dorosłych.

MONIKA KOS-NOWICKA: Przykład, jaki dają dorośli, jest kluczowy. Jeśli w przedszkolu, w którym gramy, panie wychowawczynie nie piją w tym czasie kawy, stukając szklankami albo nie stukają w smartfony, dzieci bardziej koncentrują się na tym, co robimy.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Na zachowanie dzieci niebagatelny wpływ ma też pogoda. Gdy nadchodzi burza, nie mogą się skoncentrować. Wychowawczynie uprzedzają nas też czasami, że będzie trudno, bo dzieci są niewyspane albo np. oczekują na wizytę Mikołaja.
Zresztą to samo dotyczy w dużym stopniu dorosłych. Krzysztof Baculewski na seminarium z krytyki muzycznej na warszawskiej Akademii mawiał nam: jeśli macie kaca, nie wyspaliście się albo boli was głowa, nie idźcie na koncert, bo wiadomo, że napiszecie złą recenzję.

MELOMANI ONLINE: Często pamiętamy utwór przez pryzmat chwili, tego, co w danym momenie czuliśmy. Słuchamy drugi raz i tego czegoś w utworze już nie odnajdujemy.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: I to właśnie w muzyce jest fantastyczne, że nie jest zawsze taka sama!

MELOMANI ONLINE: Macie też adresowany do dorosłych projekt muzyczny, który nosi tytuł „Warsaw Camerata a la carte!”. Jak mieszkańcy trzech warszawskich dzielnic, Pragi Północ, Woli i Bemowa – do nich, jak rozumiem, jest adresowany i z nimi realizowany ten trzyletni (2017-2019) projekt – wpływają na kształt koncertów, których potem mogą posłuchać?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Ze znajomymi i ze słuchaczami koncertów rozmawialiśmy wielokrotnie o programach proponowanych przez instytucje. I wielokrotnie padało stwierdzenie, że są w nich utwory, które lubią grać artyści, ale publiczność niekoniecznie chce ich słuchać. Postanowiliśmy więc odwrócić sytuację i zapytać ludzi, czego chcą słuchać. Głosują na nasze propozycje albo poprzez internet albo tradycyjnie, na kartce podczas koncertów. Propozycje są oczywiście dostosowane do naszych możliwości kadrowych i finanowych.
Nie porwiemy się na Mahlera, bo wtedy całą naszą dotację pochłonąłby zapewne jeden koncert. Teraz np. trwa zacięta walka pomiędzy miłośnikami Serenady Czajkowskiego i symfonii Haydna. Nasz rekord to 650 głosów – wtedy rywalizowały „Mesjasz” Handla i „Gloria” Vivaldiego. Cztery lata już to robimy, a kolejne trzy przed nami. Śmiejemy się, że to jest taka wersja live odtwarzacza płytowego: gramy to, czego ludzie chcą w danym momencie słuchać.

MELOMANI ONLINE: Gdzie odbywają się te koncerty?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Zawsze w kościołach, bo jak wiadomo Warszawa nie jest miastem, które może poszczycić się salą koncertową w każej dzielnicy. Na Bemowie np. u księży michalitów na Markiewicza.
„Warsaw Camerata a la carte!” to nie są wyłącznie koncerty, mamy też spotkania w przedszkolach.

MELOMANI ONLINE: Pawle, podobnie jak Jerzy Maksymiuk, który w tym roku poprowadzi Warsaw Cameratę w finałowym koncercie Letniego Festiwalu Nowego Miasta, jesteś uczniem prof. Bogusława Madeya.
Później doskonaliłeś swoje umiejętności m.in. u Sir Colina Daviesa. Ciekawi mnie, jak mistrzowie dyrygentury przekazują swoją wiedzę i doświadczenie młodym adeptom tej sztuki?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: W przypadku prof. Madeya powiem tak: im więcej lat upływa od czasu ukończenia przeze mnie studiów, tym bardziej doceniam to, co robił. Podczas studiów czasami wydawało mi się, że trafiłem do piekła, bo profesor ma wciąż o coś pretensje i nic mu się nie podoba. Parę lat po studiach poszedłem na jego zajęcia i zobaczyłem na podium młodą dziewczynę, tak samo
w myślach arogancką jak ja kiedyś, bo przecież wszystko umie: profesor coś mówi, ona robi dokładnie na odwrót i jeszcze się denerwuje. Madey nie był typem wujka, który przytuli do piersi i pogłaska po głowie. Najpierw dostawaliśmy dość mocno po tyłkach, potem było już lepiej. Z czasem pojąłem, że ta szorstkość była potrzebna, żeby w przyszłości, gdy już staniemy przed orkiestrą, żaden muzyk nie był nas w stanie wyprowadzić z równowagi jakimś irytującym pytaniem. Więc metoda Madeya zdała rezultaty, wystarczy zresztą spojrzeć, ilu wybitnych dyrygentów wyszło spod jego ręki: Jerzy Maksymiuk, Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Wojciech Rajski, z młodszych Łukasz Borowicz czy Paweł Kotla.
U Madeya niezwykle istotna była technika i to, jak się wygląda za pulpitem, estetyka, ekonomia ruchu i gestu. Uwielbiał kształtować dyrygentów na swój obraz. Sir Colin Davies, u którego byłem na kursie w Dreźnie, był zupełnie innym nauczycielem. Nie zwracał uwagi na to, jak się coś pokazało, natomiast dbał o dobrą komunikację, o czytelność gestów. Uważał, że przede wszystkim nie należy orkiestrze przeszkadzać. Pamiętam, że jeden z kolegów strasznie gestykulował w stronę muzyka, który grał na trójkącie. Davies zapytał: Czy on gra źle? Jeśli nie, to zostaw go w spokoju. Interweniuj wtedy, gdy coś się dzieje nie tak. To były święte słowa: pozwolić muzykom zagrać. To pewnie główna różnica między kursantami a mistrzem: oni bardzo chcieli zaistnieć, on nie musiał tego robić.

Warsaw Camerata podczas próby z Jerzym Maksymiukiem 1 sierpnia 2017 r.j
Warsaw Camerata podczas próby z Jerzym Maksymiukiem 1 sierpnia 2017 r.

MELOMANI ONLINE: Od lat współpracujecie przy różnych projektach muzycznych, Paweł jako dyrygent, ty, Moniko, jako skrzypaczka, a oboje jako animatorzy. Czy zawsze się we wszystkim zgadzacie?

MONIKA KOS-NOWICKA: Nie. Kłócimy się – to może za duże słowo, ale spieramy się. Z reguły dochodzimy do kompromisu, prawda? Nasze role szefa i pracownika przeplatają się: jako koordynator Filharmonii Przedszkolaka ja mówię Pawłowi, co ma robić i kiedy, na koncercie on kieruje orkiestrą, w której ja gram, a jednocześnie oboje jesteśmy członkami zarządu Fundacji.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Ważne jest, by w pewnym momencie powiedzieć stop, zostawić za sobą spory, które bywają niekiedy gorące, wyłączyć komputery i powiedzieć: teraz jesteśmy w domu. O tyle to niełatwe, że w naszym domu mieści się biuro Fundacji 🙂 Udało nam się opanować sztukę kompromisu: jesteśmy małżeństwem osiemnaście lat i tyle samo ze sobą pracujemy.

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

PAWEŁ KOS-NOWICKI [PKN]: Artysta, kompozytor i płyta w jednym. G.F. Handel – Mesjasz pod batutą Johna Eliota Gardinera. Jakość brzmienia, perfekcja chóru i piękno handlowskiej partytury.

MONIKA KOS-NOWICKA [MKN]: Występ zespołu „Mazowsze” w Sali Kongresowej, na który zabrał mnie mój tata. Miałam najwyżej 5 lat i byłam oczarowana. Postanowiłam już wtedy, że zostanę muzykiem 😉

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

PKN: Ogromne wrażenie wywarł na mnie koncert Sir Colina Daviesa, któy poprowadził orkiestrę Hochschule fur Musik C.M. von Weber, ale trudno jest się zdecydować na jeden.
Pamiętam z dzieciństwa Koncert e-moll Mendelssohna grany przez Magdalenę Rezler-Niesiołowską z Lubelską Filharmonią pod batutą japońskiego dyrygenta,
którego nazwiska w tej chwili nie pamiętam. Natomiast miłość do Mendelssohna pozostała.
Późniejsze wspomnienia to VII Symfonia Brucknera grana przez Concertgebouw w sali Musikverein w Wiedniu.  Dyrygował Riccardo Chailly. Wbiło mnie w fotel ich piano.

MKN: O dziwo nie związany z klasyka, którą zajmuję sie na codzień: Live at Wembley zespołu Queen – koncert z 1986 r, który na poczatku lat 90 kupiłam na kasecie wideo za ciężkie pieniądze (jak na ówczesne polskie warunki) w Austrii. Charyzma Freddiego Mercurego jest po prostu niesamowita.

Płyta, do której naczęściej powracam

PKN: Na dobrą sprawę co miesiąc inna 🙂 Ostatnio nie mogę się oderwać od Symfonii Reformacyjnej Mendelssohna z LSO pod dyrekcją J. E. Gardinera.

MKN: Nie mam takiej – lubię słuchać bardzo różnej muzyki.

Najczęściej słucham muzyki…

PKN: W domu, kiedy nikogo nie ma, włączam sprzęt (CD) i w spokoju słucham.

MKN: Przede wszystkim staram się słuchać „świadomie”, a nie przy okazji zajmowania się czymś innym. Nie lubię muzyki w tle.

Ulubione miejsce związane z muzyką

PKN: Właściwie nie mam. Najważniejsza jest jakość granej muzyki, a nie miejsce. 😉

MKN: Zamek Królewski w Warszawie – z kilku powodów: świetna akustyka, piękne wnętrze, kameralna publiczność. Wspaniałe miejsce zarówno do wykonywania muzyki, jak i do jej słuchania.

Plakat X Letniego Festiwalu Nowego Miasta
Plakat X Letniego Festiwalu Nowego Miasta

PAWEŁ KOS-NOWICKI

Absolwent Akademii Muzycznej im. F. Chopina [AMFC, obecnie Uniwersytet Muzyczny im. F. Chopina] w Warszawie, gdzie kształcił się pod kierunkiem prof. Bogusława Madeya. Uczestniczył także w kursach dyrygenckich prowadzonych przez Sir Colina Daviesa i J. Salwarowskiego.
Laureat III Ogólnopolskiego Przeglądu Młodych Dyrygentów im. W. Lutosławskiego w Białymstoku, stypendysta Ministra Kultury i Sztuki.
Zadebiutował w 1999 r. w sali Filharmonii Lubelskiej jako dyrygent Orkiestry Trybunału Koronnego. Współpracował także z orkiestrami Akademii Muzycznej w Warszawie, Opery i Filharmonii Podlaskiej, Filharmonii Częstochowskiej, Filharmonii Podkarpackiej, Płocką Orkiestrą Symfoniczną, Zamojską Orkiestrą Symfoniczną, Orkiestrą Kameralną ACADEMIA, Elbląską Orkiestrą Kameralną.
Od 2000 r. jest szefem Nowej Orkiestry Kameralnej. W 2010 roku z jego inicjatywy rozpoczął działalność zespół Warsaw Camerata.

MONIKA KOS-NOWICKA
Skrzypaczka. W 1999 r. ukończyła AMFC w Warszawie w klasie prof. J. Kucharskiego.  Kilkakrotnie brała udział w kursach mistrzowskich: w Łańcucie (klasa J. Kucharskiego i M. Orzechowskiej) oraz w Krems (Austria) na Ost-West Musikfest (w klasie mistrzowskiej prof. Igora Ojstracha, Aleksandra Arenkowa i Gernota Winischhofera).  Podczas kursów była również członkiem Orkiestry Festiwalowej, prowadzonej przez Sauliusa Sondeckisa.
Wielokrotnie zdobywała wyróżnienia na konkursach i przesłuchaniach regionalnych i ogólnopolskich.
Współzałożycielka orkiestry Warsaw Camerata oraz koordynator działań edukacyjnych Fundacji Nowa Orkiestra Kameralna. Współprowadzi Filharmonię Przedszkolaka, uczestniczy w warsztatach Tworzę, więc jestem!.

Magdalena Kantowicz: Wypełnić przestrzeń, która jest dla nas istotna

Magdalena Kantowicz w Jazz Club Papaja
Magdalena Kantowicz w Jazz Club Papaja w Ełku

MELOMANI ONLINE: Pięć lat temu zorganizowała Pani pierwszy koncert, na którym wystąpił znakomity pianista Leszek Możdżer. W tym roku po raz pierwszy organizuje Pani Ełk Jazz Festival i otwiera go ten sam artysta. Jak się poznaliście?

MAGDALENA KANTOWICZ: Leszek Możdżer jest dla mnie bardzo szczególnym artystą, którego odbieram niezwykle sentymentalnie. Warszawa, studia i Jazz Na Starówce, w ramach którego w 2004 roku Leszek zagrał koncert z Larsem Danielssonem i Zoharem Fresco. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam utwór „Incognitor”, który później został zarejestrowany na płycie „The Time”. Do dzisiaj, kiedy go słyszę, uśmiecham się do siebie.

Minęło kilka lat i przeprowadziłam się do Ełku. Zawodowo zawsze byłam związana z ekonomią i finansami, ale każdy z nas ma swój mały świat prywatności, przyjemności, marzeń… Kiedy nam czegoś brakuje, nie możemy narzekać, że tego nie ma. Trzeba odważnie po to sięgnąć i wypełnić przestrzeń, która jest dla nas istotna.

Zorganizowałam więc swój pierwszy koncert. Nieprzypadkowo był to koncert Leszka Możdżera. Potem miałam przyjemność pracować z nim przy kilku innych koncertach i projektach. W tym roku w ramach Ełk Jazz Festival organizowanego przez Ełckie Centrum Kultury pianista wystąpił dokładnie w tej samej sali. Bardzo się cieszę, że przyjął zaproszenie do otwarcia tego wydarzenia. Wypełniona po brzegi sala oraz zachwycona publiczność pokazały, że była to właściwa decyzja.

MELOMANI ONLINE: Organizacja kilkudniowego festiwalu w nie tak wielkim mieście to spore wyzwanie, zwłaszcza gdy póki co impreza obywa się bez sponsorów. Jak rozumiem, pomogło miasto?

MAGDALENA KANTOWICZ: Ełk jest miastem niezwykle malowniczym, wielokulturowym, z bogatą tradycją muzyczną, ciekawą ofertą wydarzeń koncertowych, teatralnych, obecnie również sportowych. Najważniejsze jednak, że prezydent Ełku Tomasz Andrukiewicz nie boi się nowych projektów, reaguje na sygnały o potrzebach i bardzo aktywnie wspiera ciekawe pomysły, dlatego też miasto tak pięknie się rozwija i daje nowe możliwości.

Z pomysłem festiwalowym nosiłam się od dawna. Sam pomysł, doświadczenie, kontakty i zaciśnięte kciuki wszystkich wielbicieli jazzu w tej części Mazur to nie wszystko. Na szczęście Ełckie Centrum Kultury postanowiło podjąć się organizacji, a Urząd Miasta sfinansować projekt. Jak się okazuje, było to słuszne połączenie sił i mam nadzieję, że kilka dni po festiwalu usiądziemy do rozmów o kontynuacji w przyszłym roku.

Program Ełk Jazz Festival 2017
Gwiazdy Ełk Jazz Festival 2017

MELOMANI ONLINE: Jakie ma Pani plany na kolejne edycje festiwalu? Czy pozostanie to wydarzenie stricte jazzowe czy może zostanie poszerzone o inne gatunki muzyki?

MAGDALENA KANTOWICZ: Jazz jest pojęciem niezwykle pojemnym i daje ogrom możliwości w postaci łączenia różnych gatunków. Zdecydowanie nie można tu mówić o żadnych schematach. Koncepcja kolejnego festiwalu powinna powstać na bazie obserwacji i rozmów z publicznością, muzykami i wszystkimi osobami zaangażowanymi w projekt.

Festiwal jest organizmem żywym, opartym na ludziach, dźwięku i emocjach. Oczywiście myślę nad kilkoma rzeczami: formułą konkursową, dołączeniem obrazu, dodatkową sceną itd. Na pewno wiem, kogo sama chciałabym usłyszeć. Poczekam jednak z tydzień lub dwa, gdy przetrawią się wszystkie emocje po festiwalu i głowa zacznie funkcjonować w miarę neutralnie. Mam już propozycję współpracy z mediami i partnerami finansowymi, a to daje dodatkowe możliwości. Trzymajmy więc kciuki.

MELOMANI ONLINE: Zorganizowała już Pani ok. 100 koncertów, głównie w ełckim klubie Papaja. Który z nich pamięta Pani jako najtrudniejszy od strony organizacyjnej? A który dostarczył najwięcej satysfakcji?

MAGDALENA KANTOWICZ: Jazz Club Papaja to miejsce, gdzie dzieją się rzeczy wyjątkowe. W jakiś magiczny sposób, w małej przestrzeni nagle udaje się zmieścić i artystów, i publiczność. Właśnie ta niewielka przestrzeń jest chyba zawsze największym wyzwaniem. Akustyczny koncert trio lub kwartetu – nie ma sprawy, gdy jednak muzyków jest piątka, szóstka, a zdarzało się nawet siódemka, dochodzi do sytuacji, kiedy scena jest większa niż widownia. Nie przeszkadza to jednak tak wspaniałym artystom jak Anna Maria Jopek, Dorota i Henryk Miśkiewicz, Jan Ptaszyn Wróblewski, Ewa Bem, Wojciech Karolak, Krzysztof Herdzin, Adam Bałdych, Hanna Banaszak, Mietek Szcześniak, Natalia Kukulska, Smolik, Marek Napiórkowski, Kuba Badach, Robert Kubiszyn, Michael Patches Stewart….. i tak mogłabym wymieniać jeszcze wiele znakomitych nazwisk.
Wszystkim powtarzam, że przy tworzeniu kalendarza koncertowego na każdy kolejny rok jestem straszną egoistką. Dlatego trudno wybrać jeden koncert, który dostarczył mi najwięcej wrażeń. Ja po prostu wiem, kogo chciałabym usłyszeć w tym miejscu.

Prgram koncertów ze strony internetowej Jazz Club Papaja http://www.jazzclubpapaja.pl/
Program koncertów ze strony internetowej Jazz Club Papaja

Ogromnie się cieszę, gdy po koncertach ludzie, którzy w nich uczestniczyli, dzwonią do mnie i przeżywają raz jeszcze to, co słyszeli. Dokładnie w takim celu właściciele Jazz Clubu Marta i Marek Peter stworzyli możliwość odbierania dźwięku i obrazu w bardzo kameralnych warunkach. Rozmowy z muzykami po koncertach, słuchanie opowieści z tras lub uczestniczenie w żartobliwych potyczkach słownych zaprzyjaźnionych artystów to nieoceniona wartość dodana do wszystkiego, co wydarzyło się na scenie.

MELOMANI ONLINE: Nie jest Pani rodowitą ełczanką. Co ściągnęło Panią do tego właśnie miasta?

MAGDALENA KANTOWICZ: Historia stara jak świat – po prostu mąż. Niestety, nie ma go już z nami, ale to właśnie on zabrał mnie na pierwszy koncert Możdżera i miał ogromny wpływ na moją wrażliwość i świadomość muzyczną. Dzięki niemu jestem też posiadaczką ogromnej ilości płyt analogowych, które zbieraliśmy przez lata i przywoziliśmy z podróży.

Magdalena Kantowicz zaprasza na Ełk Jazz Festival
Magdalena Kantowicz zaprasza na Ełk Jazz Festival

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

George Benson, Grover Washington, Earth Wind and Fire słuchane na zmianę z U2 w liceum, kiedy odkryłam, że może to być ciekawsza opcja niż Nirvana i Guns’N’Roses.

Czasami niezręcznie jest nam się przyznawać do tego, że przez lata, gdy dorastamy, różne rzeczy wpadają do ucha, przechodzimy fascynacje, które we wspomnieniach 20 lat później zaskakują nawet nas samych. Odwiedzając moją mamę, z rozrzewnieniem otwieram szafkę wyklejoną od środka plakatami i wycinkami z „Bravo”, na których jest Kurt Cobain, Michael Jackson, Slash i….. chłopaki z New Kids On The Block.

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Pierwszy z dużych koncertów to chyba U2 na Służewcu.

A ostatni… Gregory Porter w tym roku w Łodzi. Uwielbiam momenty, kiedy słuchając muzyki przestaję oddychać…. i na tym koncercie tak właśnie było.

Poza tym najbardziej pamiętam koncerty, po których mogę chwilę porozmawiać i uścisnąć dłoń artyście, który dotąd był nieosiągalny. Tak się stało na przykład po koncertach Marcusa Millera, Pata Metheny, Kurta Ellinga.

Płyta, do której najczęściej powracam / którą chciałabym polecić innym

Trochę tych płyt by się nazbierało, ale z kolei długo trwałoby opowiadanie, dlaczego właśnie ta. Generalnie polecam i rozdaję płyty non stop. Bardzo lubię dzielić się kolejnymi odkryciami, nie tylko jazzowymi. Tak między innymi „zarażam” publiczność przychodzącą do Jazz Club Papaja.

Najczęściej słucham muzyki…

Paradoksalnie… nie słucham muzyki w domu. Najczęściej w samochodzie – Trójki lub płyt, które akurat chcę przesłuchać. Zdecydowanie najbardziej prawdziwa opcja to koncert na żywo. Tutaj nic się nie „oszuka” i nie doda elektronicznie.

W tym momencie koniecznie muszę nawiązać do wywiadu ze Staszkiem Trzcińskim. Przyłączam się do ogromnej grupy sympatyków Radia PIN. Marzę o jego reaktywacji. Brakuje mi go bardzo…

Ulubione miejsce związane z muzyką

Oczywiście jest to Jazz Club Papaja w Ełku. W Warszawie wpadam czasami do 12on14.

Przez najbliższe 2 dni będzie to jednak Ełckie Centrum Kultury i Ełk Jazz Festiwal – zapraszam serdecznie.

Plakat Ełk Jazz Festival, 23 i 28-29 lipca 2017 r.
Plakat Ełk Jazz Festival, 23 i 28-29 lipca 2017 r.

Magdalena Kantowicz – kierownik artystyczny Ełk Jazz Festival 2017 (23 oraz 28-29 lipca), manager koncertowy Jazz Club Papaja.

Stanisław Trzciński: Muzyka to jedna z najbardziej pożądanych treści w internecie

Stanisław Trzciński - STX Jamboree
Stanisław Trzciński. Fot. Archiwum STX Jamboree

MELOMANI ONLINE: Jesteś kojarzony z wieloma inicjatywami, m.in. z serią płytową Pozytywne Wibracje. Pod tą marką organizowałeś także festiwal w Białymstoku. Czy jest szansa na reaktywację tego wydarzenia?

STANISŁAW TRZCIŃSKI: Nadal jest taka nadzieja, bo jest wielu fanów czarnej muzyki. Nasz festiwal został finalistą Festival Awards Europe 2012 w kategorii Best Small Festival. Próbowaliśmy po roku przerwy, w 2014 roku w Warszawie, próbowaliśmy także w 2015 roku w Lublinie, Puławach i w Kazimierzu Dolnym. Sądzę, że mamy szansę na kolejną lokalizację. To projekt bliski memu sercu. Mimo kilku lat przerwy – próbujemy. Warunkiem, który staramy się spełnić, jest zapewnienie tym razem finansowania na minimum 3 lata do przodu. Jesteśmy to winni kilkunastu tysiącom fanów tej imprezy.

Angie Stone i Omar na fesitwalu Pozytywne Wibracje w Białymstoku, 21 lipca 2012 r. (C) Fot. Archiwum STX Jamboree

MELOMANI ONLINE: Niedawno miałeś okazję oglądać wielkie święto jazzu, ale także innych rodzajów muzyki, jakim jest North Sea Jazz Festival w Rotterdamie. Ilość występujących tam wykonawców o światowej renomie może przyprawić o zawrót głowy. Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci z tegorocznego festiwalu? 

STANISŁAW TRZCIŃSKI: Mógłbym rzucać nazwiskami i nazwami, ale to zajęłoby dużo miejsca. North Sea Jazz jest cały czas niewyobrażalnie dobrze obsadzanym programowo festiwalem. Pomieszanie wielkich gwiazd z najlepszymi i najgorętszymi nazwiskami artystów debiutujących z rozmaitych państw i kontynentów i z wielką reprezentacją artystów amerykańskich. Nie mogę jednak nie wymienić nazwiska, które cały świat pozna wkrótce dużo lepiej – Cory Henry. Zaczarował w tym roku publiczność podczas aż dwóch wstępów – najpierw z formacją The Funk Apostles, dzień później z Metropole Orchestra, a także w ramach jam session. W pamięci utkwiło mi także i to, co obserwuję każdego roku – dziesiątki tysięcy bezpretensjonalnych i uśmiechniętych fanów dobrej muzyki z całego świata. Klimat zupełnie inny niż na letnich festiwalach rockowych. Średnia wieku 40 lat. No i kilkanaście scen w wielu halach oraz mniejszych salach w kompleksie Ahoy Arena. Publiczność okazująca gigantyczny respekt dla artystów. Bardzo lubię tam jeździć, także dlatego, że coraz częściej spotykam tam swoich znajomych, których po częstokroć sam zachęciłem do tej naprawdę niezbyt kosztowej wyprawy. Mniej ważny, ale przyjemny, jest także dostęp do wysokiej klasy alkoholi i jedzenia rozmaitych kuchni świata. Wszystko to można w Rotterdamie konsumować także w miejscach koncertów. To zdecydowanie najważniejszy i najlepszy festiwal muzyczny na świecie, na jakim się pojawiam.

MELOMANI ONLINE: Prowadzisz wraz ze wspólnikiem agencję eventową STX Jamboree oraz posiadasz sam wytwórnię STX Records, która zajmuje się marketingiem muzycznym. Pisałeś na Facebooku, że ostatnio ta druga firma przeszła re-branding i nazywa się teraz STX Music Solutions. Co się kryje pod tym hasłem?

STX Music Solutions od czerwca 2017 roku stawia głównie na tzw. „music branding”, „sound design” i konsultacje muzyczne. Skupiam się dzisiaj na doradzaniu i strategicznych projektach dla klientów, którzy chcą używać muzyki, artystów i wydarzeń w komunikacji marek, produktów, usług i obiektów. W większym stopniu wykorzystuję też badania naukowe oraz używam wiedzy o nowych technologiach. Rozumiejąc, że fani muzyki często docierają do niej dzisiaj za pomocą urządzeń przenośnych, aplikacji, serwisów streamingowych i społecznościowych, gier itp. Planujemy także stosowanie najnowszych narzędzi np. trackvertisingu. Badania funkcjonowania ludzkiego mózgu ujawniają cenny dla marketerów mechanizm przenoszenia emocji odbiorców muzyki na markę, której towarzyszy. Muzyka odgrywa bardzo ważną rolę w życiu współczesnego człowieka. Prowadzę własne badania i pracę naukową w tym obszarze i zdecydowałem się wykorzystywać to w pracy zawodowej. Mało osób wie, że muzyka to jedna z najbardziej pożądanych treści w internecie, już w 2003 roku Larry Dossey udowodnił, że z ilością 102 mln stron prześcignęła zdrowie i religię. Podobnie jest z Facebookiem i Youtubem, gdzie muzyka króluje i nie ma w praktyce konkurencji. Chcę o tym mówić głośno i korzystać w pracy z klientami. Poza tym gościnnie prowadzę zajęcia ze studentami i jestem doktorantem Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Przygotowując rozprawę doktorską, badam także polskich konsumentów muzyki.

Będziemy jednak nadal angażować się w autorskie projekty medialne i w organizację wydarzeń koncertowych związanych z artystami, których sami lubimy. STX Music Solutions jest agencją, w której osobiście nadzoruję każdy projekt realizowany dla naszych klientów. Jako eksperci i praktycy – z wiedzą i doświadczeniem na styku świata biznesu i marketingu  ze światem muzyki i showbiznesu – jesteśmy partnerami i doradcami klientów, razem z którymi tworzymy wieloletnie strategie. Zajmujemy się także samą organizacją wydarzeń, sponsoringiem, angażowaniem artystów, doborem muzyki do obiektów oraz reklam telewizyjnych, dostarczaniem treści muzycznych dla platform cyfrowych, itp.

MELOMANI ONLINE: Druga z agencji, której jesteś współtwórcą – STX Jamboree – od 11 lat zajmuje się coroczną organizacją gali wręczenia najważniejszych chyba polskich nagród muzycznych – Fryderyków. A właściwie dwóch gal, gdyż nagrody w kategorii muzyki klasycznej przyznawane są – przynajmniej były w ub. r. – na osobnej ceremonii. Czy nie uważasz, że byłoby lepiej, gdyby całe środowisko muzyczne mogło spotkać się na jednej gali?

Ten projekt jest także bliski memu sercu, bo realnie wpływa na kondycję polskiego rynku muzycznego i przynosi wiele satysfakcji. Wydobyliśmy Fryderyki z powrotem do pierwszej ligi. Zaufał nam ZPAV, ale włożyliśmy w to też bardzo dużo pracy. Co więcej, w ostatnich latach nominowanymi i laureatami Fryderyków są coraz młodsi artyści, a ich poziom muzyczny jest bardzo wysoki.

Kiedy wraz z Pawłem Kwiatkowskim i STX Jamboree zaangażowaliśmy się we Fryderyki w 2007 roku, zależało nam ogromnie na oddaniu należytego szacunku środowisku muzyki poważnej i jazzowej. Przeszkodą jest transmisja telewizyjna części rozrywkowej, która wyklucza możliwość realizacji długiej gali z udziałem muzyki klasycznej. Stąd na początku naszej przygody z Fryderykami zadbaliśmy o prestiżową drugą galę, klasyczną i jazzową,  wraz z wozem transmisyjnym i emisją na żywo w kanale TVP Kultura. Tego samego dnia co muzyka rozrywkowa, ale trochę wcześniej. To dobrze funkcjonowało przez kilka lat. Później szef TVP2 zgodził się na próbę włączenia jazzu i chociaż części kategorii muzyki poważnej do transmisji wraz z rozrywką. Udawało się to przez kolejnych kilka lat, m.in. dzięki temu, że Akademia Fonograficzna znacząco zredukowała – na wzór innych europejskich nagród – ilość kategorii muzyki rozrywkowej i klasyki.  Wydawało się to  adekwatne do stanu i poziomu polskiego rynku muzycznego. Później jednak znów zwiększyła się nieznacznie ilość kategorii w obu gatunkach i telewizja nie chciała pokazywać klasyki. Zostaliśmy więc z rozrywką i  jazzem na antenie TVP2.

Od dwóch lat wraz ze ZPAV zdecydowaliśmy ponownie powalczyć o ważną część rynku muzycznego, jaką jest klasyka, stąd mamy dwie gale, w tym ta klasyczna odbywa się w Studiu im. Lutosławskiego. Z odpowiednią oprawą, koncertami i transmisją w Programie 2 Polskiego Radia. Na dzisiaj uważamy to za spory sukces. Oczywiście chcielibyśmy, żeby ta gala była transmitowana także w TVP Kultura lub internecie, ale nie mamy na tyle dużego budżetu, aby to zapewnić, a TVP nie jest w stanie nas wesprzeć.

Gregory Porter - Fryderyki 2017
Gregory Porter na gali Fryderyków 26 kwietnia 2017 r. w Teatrze Polskim w Warszawie.(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. fot: www.sportografia.pl, www.stx-jamboree.pl

MELOMANI ONLINE: Przez wiele lat prowadziłeś audycje radiowe, m.in. w radiu PiN. Czy nie korci Cię, by wrócić do tej działalności i dzielić się ze słuchaczami muzyką, którą odkrywasz?

Oczywiście, że tak. Po ośmiu latach cotygodniowej, autorskiej i dwugodzinnej audycji Pinacolada w Radiu PiN bardzo ciężko było mi odzwyczaić się od radia. Dostawałem wtedy propozycje z mniejszych stacji, ale nie byłem na nie gotowy. Marzyło mi się własne radio, szczególnie po zlikwidowaniu PiN-u i naprawdę niewiele brakowało, by się to udało. To byłby murowany sukces.

Dzisiaj, oceniając nasz obecny rynek radiowy jako słuchacz i po wielu latach zawodowych doświadczeń, nie wyobrażam sobie swojej audycji gdziekolwiek indziej niż w Trójce lub w TOK FM. Mam jednak z tymi stacjami bardzo prozaiczny problem. Nie jestem tam wcale mile widziany, to znaczy nikt mnie nie zaprosił do takiej współpracy. W przypadku Trójki sytuację skomplikowały także zmiany polityczne.

Innym scenariuszem byłoby przeformatowanie innej, istniejącej stacji radiowej. Tutaj także byłem blisko porozumienia, jednak i z tego nic nie wyszło. Świat się nie zawali bez moich audycji radiowych. Jeżeli czegoś żałuję, to moich słuchaczy. Miałem ich średnio około 50 tysięcy. To naprawdę dużo. Otrzymuję nadal regularnie maile i wiadomości od kilkudziesięciu z nich. I także dla nich chciałbym kiedyś wrócić do radia.

Dzisiaj namiastką takiej działalności jest dla mnie tworzenie  autorskich playlist. Można je usłyszeć w Hali Koszyki. Trafiłem na odpowiedniego klienta, który dał mi wolną rękę w tworzeniu autorskiego programu muzycznego, budującego markę i wizerunek Hali. Muszę się pochwalić, że stworzyłem w Koszykach namiastkę radia bez mówienia. Muzyka zmienia się tam w zależności od pory dnia i dnia tygodnia – nie znam podobnego projektu w innych centrach handlowych, restauracjach i sklepach w Polsce. Zebrałem bazę prawie 2500 utworów. Jest to ilość, jaką mają małe i średnie stacje radiowe. W stu procentach to, czego sam chciałbym posłuchać, bez kompromisów.

Strona internetowa www. koszyki.com

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

W dzieciństwie było ich wiele, większość z domu rodzinnego np. Krystyna Prońko, Marek Grechuta, Marek i Wacek czy Earth, Wind & Fire. Ale prawdziwe olśnienie przyszło podczas świąt Bożego Narodzenia w 1984 roku, kiedy miałem 11 lat. Usłyszałem wtedy dwie płyty przegrane w USA na jedną wysokiej klasy kasetę magnetofonową. Została ona przesłana do nas do Polski na Ursynów dla mojego ówczesnego kolegi, małego Krzysia, przez jego ojca – Krzysztofa Krawczyka. Na stronie A znajdował się “Thriller” Michaela Jacksona, a na drugiej “Purple Rain” Prince’a. To było coś!

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Nie umiem wymienić jednego koncertu. Mam do nich nabożny stosunek. Pierwsze ważne koncerty to chyba Ewa Bem w Prochowni i VOX w Sali Kongresowej, gdy miałem 7 lat. Ale pierwszy poważny i zapamiętany na całe życie – to Pat Metheny na początku lat 80. w ramach Jazz Jamboree. Pamiętam, że grał utwory z płyty “Travels”. Na wszystkich wyżej wymienionych byłem z ojcem.

Kolejne ważne to już samodzielne odkrycia – np. seria koncertów na Rób Reggae w drugiej połowie lat 80. Dalej był Grzegorz Ciechowski jako Obywatel GC w Sali Kongresowej w 88 roku, dwa lata później seria wizyt w Piwnicy Pod Baranami i The Rolling Stones w 90 roku w Pradze. Następne w latach 90. to Red Hot Chilli Peppers w 92 roku w Berlinie, a także Beastie Boys w warszawskim Colosseum w 95 roku i ponownie Pat Metheny na trasie “Secret Story” na Torwarze. Chociaż i pierwszy koncert Massive Attack w Polsce w Sali Kongresowej był kultowy. Może U2 na Służewcu w 97 roku? Ponadto bezwzględnie dwa koncerty w 1998 roku – James Brown w Sopocie i Prince w Wembley Arena. Miło wspominam także doskonały koncert Lionela Richie w ramach Sopot Festival ’99.

W ostatnich 18 latach wymieniłbym np. dwa koncerty Arturo Sandovala, w Blue Note w Nowym Jorku i w warszawskim Palladium, kolejny Prince w Polsce w 2011 roku czy dwa koncerty D’Angelo rok temu. Ale także i wśród koncertów, które sam realizowałem lub współprodukowałem, było kilka magicznych. Wymienię tylko pierwsze koncerty w Polsce Macy Gray w 2005 i Woody’ego Allena z New Orleans Jazz Band w 2008, a z festiwalu Pozytywne Wibracje: Raphaela Saadiqa i Seala w 2011 roku. Wielkie wrażenie robi na mnie wiele koncertów muzyki poważnej w filharmoniach, niezapomniane są finały konkursów chopinowskich, na które się jakoś dostaję. Wiele koncertów z North Sea Jazz wymieniłbym jako te, które zrobiły na mnie największe wrażenie w ostatnich 3 latach, było ich jednak kilkadziesiąt. Zamiast tego wskażę taki, na którym płakałem – był to Stevie Wonder w listopadzie 2015 roku w Madison Square Garden w Nowym Jorku. Najgorsze, że na pewno o czymś zapomniałem.

Powiedziawszy to wszystko uzmysłowiłem sobie, że jest jeden koncert, który mógłbym wybrać jako jeden i najważniejszy. Był to 3,5-godzinny koncert będący dla mnie zamknięciem pewnej ważnej epoki w polskiej piosence, mianowicie dedykowany zmarłej Agnieszce Osieckiej “Zielono Mi” podczas festiwalu opolskiego w 1997 roku. Z udziałem ponad 20 znakomitych artystów. Wyreżyserowała go Magda Umer przy współpracy z moim ojcem. Płaczę zawsze, kiedy go słucham i oglądam. Nie, wcale nie wzruszam się tak łatwo! Kupiłem sobie DVD, co polecam każdemu – na Youtube nie ma całości, a nie warto oglądać go w szczątkowej formie. Jest to także pozycja obowiązkowa dla najmłodszego pokolenia.

Płyta, do której naczęściej powracam 

Muszę uchylić się od odpowiedzi. Nie wiem, jak mógłbym wymienić jedną płytę. To po prostu niemożliwe. Podpowiedź, jakich płyt słucham, znajduje się powyżej w odpowiedzi na pytanie o koncerty. Lubię np. nadal swoje składanki Pozytywne Wibracje. Inna sprawa, że słucham także innych gatunków. W ostatnich latach muzykę poważną. Skorzystam z okazji i pochwalę się, jaki zestaw płyt uważam za najcenniejszy w mojej kolekcji. Jest to box “The Complete Album Collection” zawierający 142 zremasterowane płyty w wykonaniu najwybitniejszego, moim zdaniem, pianisty świata – naszego rodaka – Artura Rubinsteina. Wracam do tych płyt regularnie i słucham ich namiętnie.

Najczęściej słucham muzyki… 

Samochód, praca w domu, telefon, wieczorna impreza. Często słucham z CD, rzadziej z radia, bardzo rzadko z winyli, coraz częściej na telefonie, także poprzez Tidal i Spotify. Okoliczności coraz mniej rozmaite. Kiedyś – w prawie każdych okolicznościach.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Urodziłem się i mieszkam w Warszawie. Niestety te ulubione miejsca już nie istnieją – Filtry, Remont, Piekarnia, stare Akwarium i Fabryka Trzciny. Zdarza mi się  jeszcze od czasu do czasu być w Między Nami i Dziku. Ale prawda jest taka, że nie mam dzisiaj takiego miejsca w moim mieście. No chyba, że mój dom.

Stanisław Trzciński na gali Fryderyków 2015 (c) www.sportografia.pl, www.stx-jamboree.pl

STANISŁAW TRZCIŃSKI – prezes zarządu i właściciel agencji STX Music Solutions, współwłaściciel agencji eventowej STX Jamboree. Od 2007 roku współorganizator gal wręczenia nagród Fryderyk. Zrealizował ponad sto koncertów artystów zagranicznych w Polsce. Współtwórca i producent festiwali muzycznych, m.in. Pozytywne Wibracje Festival. Wydawca serii płytowych m.in. Pozytywne Wibracje, Pieprz i Wanilia, Pinacolda i Sygnowano Fabryka Trzciny. Przez 8 lat (2004-2012) powadził autorską audycję w ogólnopolskim Radiu PIN. Dyrektor A&R w Universal Music Polska (1995-2000). Współtwórca legendarnego warszawskiego klubu Filtry (1992). Od ponad roku doktorant Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Kinga A. Wojciechowska: Wierzę w rewolucję kulturalną w naszym kraju

MELOMANI ONLINE: Jest Pani redaktor naczelną poświęconego głównie muzyce magazynu „Presto”. Skąd wziął się pomysł na jego wydawanie? Do kogo jest adresowane?

Kinga A. Wojciechowska

Zdjęcie: Marek Relich / Presto

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Jestem redaktor naczelną, wydawcą i właścicielką. Nie chwalę się. Właściwie to dla mnie ciężar i odpowiedzialność. Presto to mój najważniejszy projekt, bo wierzę w rewolucję kulturalną w naszym kraju. Presto powstało, bo z naszej cechy narodowej, jaką jest narzekanie, uczyniłam cnotę. Ponarzekałam, ale zaraz po tym, jak postawiłam diagnozę – zaczęłam działać. Nie jestem muzykiem, ani muzykologiem – te studia zaczęłam, ale z premedytacją je przerwałam. Jestem miłośnikiem muzyki pięknej i dla takich osób, jak ja, wymyśliłam Presto. Jego podtytuł to: Muzyka Film Sztuka. Piszemy o muzyce klasycznej, współczesnej, filmowej. Rozmawiamy z artystami nie tylko o muzyce, o kolejnej wydanej płycie, ale także o sprawach ważnych w życiu każdego człowieka. Artysta to też człowiek, czasem trochę bardziej wrażliwy, ale dzięki temu wnikliwiej patrzy na świat. Dzięki rozmowom z artystami mogę lepiej ten świat rozumieć. Magazyn jest nowoczesny, piękny. Dbamy nie tylko o treść, ale i o formę, bo zależało mi na tym, żeby miłośnicy muzyki mogli o swojej pasji poczytać z przyjemnością. Zanim powstało Presto, nie było nowoczesnego, ciekawego i przystępnego magazynu o muzyce klasycznej. Presto wypełniło tę lukę.

MELOMANI ONLINE: 1 lipca rusza 17. edycja festiwalu Ogrody Muzyczne. Jak widzi Pani miejsce tego wydarzenia na koncertowej mapie Warszawy?

17. Festiwal Ogrody Muzyczne

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Ogrody Muzyczne to ważne wydarzenie. Proszę sobie wyobrazić festiwal, który trwa od 1 do 26 lipca – przez prawie cztery tygodnie! I codziennie wieczorem można wziąć udział w innym wydarzeniu: są projekcje filmów muzycznych, transmisje oper, baletów, koncertów – i to z jakich miejsc – z Metropolitan Opera, z Teatru Bolszoj, z Festiwalu Wielkanocnego w Salzburgu, są koncerty na żywo, zagraniczni goście, rozmowy z artystami i ważnymi osobami ze świata kultury. A to wszystko na barkach kilku osób decyzyjnych, kilkunastu osób obsługi technicznej. I to wszystko w najlepszej miejscówce w stolicy – na dziedzińcu Zamku Królewskiego. Ktoś to dobrze wymyślił 🙂 Kto? Ryszard Kubiak, Zygmunt Krauze i Barbara Pietkiewicz-Kraśko 17 lat temu. A 10 lat temu doszedł jeszcze aspekt zapraszania Gościa honorowego – kraju, który od 1 lipca obejmuje przewodnictwo w UE. Dzięki temu w Ogrodach w tym roku zabrzmi np. muzyka estońska.

MELOMANI ONLINE: Co Pani zdaniem można/warto zrobić, by na koncerty muzyki klasycznej przychodziło więcej młodych ludzi?

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Na koncerty muzyki klasycznej przychodzi dużo młodych ludzi, więcej w Polsce niż w Europie Zachodniej. Poważnie. Jeździłam trochę, rozmawiałam też z obcokrajowcami. To oni pytają nas, jak my to robimy, że tyle młodych osób przychodzi na koncerty muzyki klasycznej i współczesnej. Problemem jest nie to, że przychodzi mało młodych ludzi, ale że w ogóle mało ludzi słucha muzyki wysokiej jakości.

Dlaczego?
Organizatorzy koncertów i festiwali muzyki klasycznej często nie doceniają siły promocji, marketingu, nie idą z duchem czasu i nie korzystają z nowoczesnych sposobów komunikacji z odbiorcami. I nie chodzi tylko o narzędzia, ale o sposób ich wykorzystania. Bo nawet jeśli instytucja założy sobie fanpage w portalu społecznościowym, ale jej komunikacja będzie nudna i staroświecka, to młodych do siebie nie przyciągnie. Nikogo do siebie nie przyciągnie, nawet starych. A do tego artyści muzyki klasycznej bywają zachowawczy, ostrożni, introwertyczni. A tu potrzeba dokładnie odwrotnych zachowań, choć oczywiście trzeba utrzymać na nimi pełną kontrolę.

Jak to zrobić?
Podpatrywać działania takich artystów jak The Piano Guys, David Garrett, Il Divo, Andrea Bocelli. Oczywiście, nie zagwarantuje to sukcesu każdemu, ale jeśli chcemy podnosić poziom popkultury, to trzeba pamiętać, że inicjatywa jest po stronie artystów i animatorów kultury, nie po stronie tzw. szerokiego odbiorcy – on sięgnie po to, co ma najbliżej. Jeśli będzie to Doda i Zenek Martyniuk – tego będzie słuchał. Aha, argument, że jak ktoś będzie chciał poznać muzykę klasyczną, to sam trafi do filharmonii, nie przekonuje mnie. Sztuka wysoka ma tak wielką konkurencję ze strony sztuki popularnej i niskiej, że musi wykorzystywać nowoczesne narzędzia i język komunikacji i być dostępna (co nie oznacza, że za darmo!), żeby była zauważalna.

The Piano Guys

Okładka albumu The Piano Guys wydanego w 2012 r. (Sony Masterworks)

Co jeszcze trzeba zrobić?
Jeszcze trzeba namówić ludzi, żeby nie bali się uczestniczenia w sztuce, zanurzania się w niej, korzystania z dobrodziejstwa codziennego tworzenia czegoś. To mogą być bardzo drobne rzeczy. Pokolorowanie obrazka, zaśpiewanie piosenki. Chodzi o codzienny kontakt ze sztuką. Kiedyś było łatwiej, bo prawie wszystko robiło się wspólnie – kobiety wykonywały razem żmudne prace domowe, mężczyźni razem polowali, podróżowali, szli na wojnę. Sztuka, w szczególności muzyka, śpiew, były częścią codzienności. Dziś pralka za nas wypierze brudne ubranie, nie trzeba przy tym śpiewać. Wykonywanie sztuki samodzielnie to fanaberia i luksus, ale tym bardziej trzeba sobie na to pozwolić.

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

Było ich wiele: suita „Peer Gynt” E. Griega – wersja instrumentalna. Wszędzie szukałam potem jakiegoś łatwego opracowania na fortepian, a gdy już znalazłam, grałam w kółko, lekceważąc zalecenia nauczycielki, gamy i preludia Bacha. Eroica Beethovena, Wysocki, Okudżawa, Kaczmarski… Te olśnienia były silnie związane z muzycznymi zainteresowaniami rodziców.
Trochę później wielkim odkryciem byli Pink Floyd, Yes, cały rock symfoniczny. Do dziś pamiętam wieczorne słuchanie Time z „The Dark Side of The Moon” Floydów, w oknach trzęsły się szyby…

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Kiedyś, w Filharmonii Narodowej wykonano trzy koncerty fortepianowe: Mozarta, Beethovena i Czajkowskiego. Grały trzy japońskie pianistki, z orkiestrą FN. Już nie pamiętam ich nazwisk, mam w głowie tylko muzykę i wielką flagę Japonii, bo Ambasada tego kraju była sponsorem koncertu. Pamiętam wielkie emocje, jakie obudziła we mnie ta muzyka. Wyszłam z koncertu prawie nieprzytomna.
Ponad rok temu ogromne wrażenie zrobiły na mnie „Pieśni szalonego króla”, wykonane w Auli UMFC w Warszawie – Maciej Nerkowski, oficjalnie baryton, ale raczej artysta, który głosem potrafi zaśpiewać i wyrazić wszystko, do tego genialny aktor – wykonał te pieśni tak, że skradł całe show świetnemu skądinąd zespołowi kameralnemu Hashtag Ensemble pod batutą Ignacego Zalewskiego.
A już całkiem niedawno, bo 29 czerwca tego roku, miałam okazję posłuchać koncertu, podczas którego wystąpili Joanna Kawalla, Leszek Lorent, Maciej Nerkowski, Dariusz Przybylski i Eunho Chang. To był koncert od mistycznych inspiracji Aleksandra Kościowa i Arvo Parta do intensywności Ignacego Zalewskiego i Iannisa Xennakisa. Jeden koncert, a jak mały festiwal muzyki współczesnej. Genialne!

Płyta, do której naczęściej powracam

Nie mam jednej płyty, do której wracam. Może myślami – do tych pierwszych – wspomnianego już Peer Gynta, do Eroiki i wszystkich pozostałych symfonii Beethovena, tu w szczególności w nagraniach z Furtwanglerem jako dyrygentem, koncertu fortepianowego Piotra Czajkowskiego… Czasowo za to zachwycam się – a to współczesnymi kompozycjami na historyczny klawesyn w wykonaniu Aliny Ratkowskiej, a to barokowymi odkryciami z Biblioteki Gdańskiej, nagranymi przez Andrzeja Szadejkę i jego zespół albo – płytami z muzyką na instrumenty perkusyjne w wykonaniu Leszka Lorenta. Ostatnio z zaciekawieniem odkrywam poszczególne kompozycje na „One minute” – płycie flecistki Iwony Glinki, która wykonuje 60 jednominutowych utworów napisanych przez kompozytorów z całego świata. I czekam na „Two minutes” – 30 utworów dwuminutowych w duecie.

Najczęściej słucham muzyki…

Muzykę niestety słychać wszędzie, ciągle, dudni w uszach nieproszona. Tej, którą lubię, staram się słuchać głównie na żywo. Często słucham też w domu, z odtwarzacza, z płyty. Ale jeszcze częściej zdarza mi się najpierw posłuchać  czegoś z laptopa, z internetu – ot, znak czasów.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Głogówek, szczególnie tamtejszy kościół barokowy. Jak tam brzmią zorkiestrowane walce Chopina! Albo Piąta Beethovena! Albo mistrzowskie wykonania muzyki sakralnej na organach.

W Warszawie ciekawym nowym miejscem na mapie muzycznej jest Nowy Świat Muzyki, na rogu ulic Świętokrzyska i Nowy Świat. Trochę starszym miejscem jest Teatr Stanisławowski w Łazienkach, to miejsce też bardzo lubię. I dla kontrastu – koncerty plenerowe, podczas których można siedzieć na trawie i delektować się muzyką w nieformalnym stroju, czasem wręcz przypadkowo natykając się na wydarzenie muzyczne.

Kinga Anna Wojciechowska- Roxy Photography / Presto

Zdjęcie: Roxy Photography / Presto

Kinga A. Wojciechowska
Właścicielka i redaktor naczelna magazynu „Presto. Muzyka Film Sztuka”. Absolwentka SGH, studiowała muzykologię na Uniwersytecie Warszawskim. W 2011 roku stworzyła jedyny w Polsce nowoczesny kwartalnik o muzyce klasycznej, filmowej, współczesnej i sztukach wizualnych. Prowadzi koncerty, warsztaty dziennikarskie i spotkania ze sztuką dla dzieci.
Presto to także portal prostoomuzyce.pl, społeczność na Facebooku i Instagramie, projekty edukacyjne, happeningi. To platforma do rozmów o sztuce i działań na rzecz promowania kultury wysokiej i twórczego życia.