Brawurowy Falstaff w Operze Nova

 

Zaraz po premierze Falstaffa w Operze Nova nazwałem bydgoską inscenizację brawurową. Nie było przepychu, ekstrawagancji, awangardy. Była za to wciągająca zabawa symbolem, bryłą, światłem, barwą, przestrzenią, słowem, dźwiękiem, głosem. Zabawa bardzo interesująca i poprowadzona – bez żadnej szkody dla akcji – w żywiołowym tempie. Quickly, Quickly – szybko, szybko.

Falstaff rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. A właściwie na dwóch platformach, z których jedna jest wnętrzem Zajazdu pod Podwiązką, a kiedy przesuwa się w dół, jej dach staje się częścią drugiej – trawnika parku w Windsorze. Scenografia, której autorką jest Jagna Janicka nie jest wystawna. Mamy do czynienia z pojedynczymi rekwizytami, które pobudzają wyobraźnię, stają się też niemymi świadkami akcji. Ważnym elementem dramaturgii przedstawienia staje się kanał orkiestry, do którego w finale drugiego aktu kumoszki z Windsoru (tutaj raczej niecne, niż wesołe) wrzucają wielki kosz na bieliznę, w którym schował się Falstaff. To kolejny element brawury inscenizacyjnej. Podczas antraktu wielu widzów podchodziło zresztą do kanału, żeby sprawdzić, jak została przeprowadzona cała akcja ze zrzuceniem kosza z Łukaszem Golińskim w środku trzy metry w dół.

Piękne były kostiumy zaprojektowane przez Hannę Wójcikowską-Szymczak. Szczególnie spodobały mi się suknie uszyte z aksamitu dla Pani Quickly i Alicji Ford oraz stroje kilkudziesięcioosobowego chóru. „Ninfe! Elfi! Silfi! Sirene!”

Utrwalony w świadomości wizerunek Fastaffa jako podstarzałego, grubego i raczej obleśnego lowelasa Maciej Prus, reżyser przedstawienia, zastąpił obrazem pełnego wewnętrznych rozterek, dojrzałego mężczyzny, który jest gotowy do skonfrontowania swoich słabostek ze słabościami świata – świata, który cały jest przecież farsą i sceną dla komedii życia. Jak w szekspirowskim „Jak wam się podoba” – „All the world’s a stage…”

Bardzo dobrze wpisał się w tę konwencję Łukasz Goliński. Nie będę pisać o jego umiejętnościach wokalnych, te są na najwyższym poziomie. Najistotniejsze było to, że potrafił nakreślić rys psychologiczny Fastaffa i stopniową metamorfozę bohatera, której kulminacją było przejmujące „Una, due, tre, quattro… L’amore metamorfosa un uom in una bestia” (Raz, dwa, trzy , cztery… Miłość zmienia człowieka w bestię). To zresztą chyba najpiękniejszy fragment opery Verdiego, we wszystkich warstwach pełen kontrastów, które oddają wieczny konflikt pomiędzy sacrum a profanum, oczekiwaniami a rzeczywistością, uczuciami pięknymi i niskimi. I tym, że ten konflikt nigdy się nie kończy, bo „mezzanotte” – północ, o której śpiewa Falstaff jest nie tylko końcem jednego etapu, ale i początkiem następnego, niekoniecznie przecież lepszego.

Także pozostali członkowie obsady sobotniej premiery spisali się doskonale. W scenach zbiorowych zdecydowanie najlepsze były panie, które w trzecim akcie doprowadziły je do perfekcji. I to zarówno we fragmentach komicznych (świetne, punktualne „Pizzica, pizzica!”), jak i frazach bardziej podniosłych, quasi-chorałowych („Domine fallo guasto!”).

Z wokalistów szczególnie spodobali mi się przykuwający uwagę Szymon Rona w roli Bardolfa; dysponująca ciepłym, pełnym i czystym głosem Aleksandra Wiwała (Nannetta) oraz Małgorzata Ratajczak jako Pani Quickly. Rola była dopracowana w każdym szczególe, a Małgorzata Ratajczak była nie tylko świetna wokalnie, ale też zabawna i wiarygodna. Bardzo zgrabnie bawiła się też motywami, jeden z nich – „reverenza” – był zresztą tym, który najdłużej siedział w głowie i przypominał o sobie jeszcze wiele godzin po przedstawieniu. Uszanowanie.

Uszanowanie także dla orkiestry poprowadzonej przez Piotra Wajraka i wszystkich realizatorów bydgoskiego Falstaffa. Wziąłem w sobotę udział w wydarzeniu, o którym będzie się mówić jeszcze bardzo długo, bo było naprawdę niezwykłe.

Tekst i fotografia: Michał Orzechowski

Dodaj komentarz