Alekander Dębicz: Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna

Pianista Aleksander Dębicz na rynku płytowym zadebiutował dwa lata temu świetnie przyjętym albumem “Cinematic Piano” z własnymi kompozycjami inspirowanymi muzyką filmową. W kwietniu tego roku wydał płytę “Bach Stories”, na której utworom jego “muzycznego Boga” nagranym w duecie z wiolonczelistą Marcinem Zdunikiem towarzyszą współczesne improwizacje. W piątek 1 września Dębicz wystąpił na Burakowskiej 14  w Warszawie z saksofonistą Szymonem Nidzworskim, prezentując spontanicznie wymyślone i opowiedziane muzyczne historie.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Twoje pierwsze wielkie olśnienie muzyczne?

ALEKSANDER DĘBICZ: Zapis koncertu słynnego niegdyś duetu fortepianowego „Marek i Wacek”. Rodzice puszczali mi płytę winylową i chyba mogę powiedzieć, że w dużej mierze dzięki tej fascynacji zapragnąłem zostać pianistą. Uwielbiałem też słuchać Suity „Peer Gynt” Griega, muzyki z „Akademii Pana Kleksa” i Symfonii „Niespodzianka” Haydna.

MELOMANI ONLINE: Twoi pianistyczni mistrzowie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Duże grono. Im jestem starszy, tym większe. W pewnym okresie byłem absolutnie zafascynowany Glennem Gouldem. Dalej uważam go za geniusza, ale już nie słucham tak namiętnie jak kiedyś. Nagrania Goulda bardzo często pojawiają się w filmach, a od kina też jestem mocno uzależniony. Gould ma w sobie ten rodzaj magnetyzmu, jaki wśród reżyserów czuję np. u Kubricka.

Moim idolem jest Herbie Hancock, uwielbiam też Piotra Anderszewskiego.

MELOMANI ONLINE: Instrument historyczny czy współczesny?

ALEKSANDER DĘBICZ: Rzeczą, którą ubóstwiam w muzyce Bacha, jest to, że brzmi świetnie na wszystkich instrumentach, nawet na syntezatorach, choć akurat tego nie lubię. Jestem fanem Bacha granego na instrumentach współczesnych – to czuję, to lubię, taki dźwięk mnie inspiruje. Uważam, że niesamowite emocje, które są w muzyce Bacha, można wyrazić w sposób bardzo bogaty na współczesnym instrumencie – oczywiście korzystając ze współczesnych środków.

Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę "Bach Stories" (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.
Aleksander Dębicz (fortepian) i Marcin Zdunik (wiolonczela) nagrali płytę „Bach Stories” (Warner Music Polska, kwiecień 2017 r.). Zdjęcie: Stach Leszczyński.

MELOMANI ONLINE: Skąd zamiłowanie do muzyki filmowej?

ALEKSANDER DĘBICZ: Tą muzyką i w ogóle kinem interesuje się od dzieciństwa. Uważam, że w XXI wieku film jest najbardziej komunikatywną dziedziną sztuki. Chyba najprężniej się rozwija i jest najbliżej odbiorcy. W związku z tym jest też bardzo inspirujący. Zawsze interesowała mnie relacja dźwięku i obrazu.

W muzyce filmowej jest, było i będzie sporo kiczu i bombastyczności, ale uważam za krzywdzące wrzucanie całej muzyki filmowej do jednego worka. Jest w niej wiele zjawisk, które uważam za bardzo wyrafinowane, także w oderwaniu od obrazu.

Mam ulubionych kompozytorów takich jak Thomas Newman, Alexandre Desplat czy John Williams – zawsze czekam z wypiekami na twarzy na ich kolejny soundtrack. Chodzę do kina, żeby odebrać ich dzieło w połączeniu z obrazem.


Moją płytą („Cinematic Piano”) chciałem pokazać słuchaczom, jakie bogactwo treści jest w muzyce filmowej. To, co mnie w niej szczególne kręci – a co zazwyczaj jest realizowane przy pomocy orkiestry czy jakieś egzotycznego instrumentarium – chciałem przetransponować na język muzyki fortepianowej.

MELOMANI ONLINE: W sztuce ważna jest dla Ciebie…

ALEKSANDER DĘBICZ: Komunikatywność. Nie interesuje mnie sztuka hermetyczna, dostępna tylko dla wąskiego kręgu odbiorców. Ale to nie znaczy, że należy traktować ludzi jak głupków i z góry zakładać, że nie są w stanie pewnych treści odebrać, wobec czego należy je upraszczać, żeby zostały przyswojone.

Wcale tak nie musi być. Jako przykład niech posłuży ostatni konkurs chopinowski, który był świetnie zorganizowany od strony mediów społecznościowych i docierał do ludzi w ogóle nie związanych z muzyką. Osoby, które nie chodzą w ogóle do Filharmonii, przez cały weekend słuchały Chopina. Trzeba robić swoje. Ludzie są bardzo wrażliwi i nie muszą być wykształceni muzycznie, żeby odebrać pewne emocje.

MELOMANI ONLINE: Kolejne słowo-klucz dla Ciebie to chyba improwizacja.

ALEKSANDER DĘBICZ: Uważam to za straszny błąd, że improwizacja jest obecnie kojarzona niemal wyłącznie z jazzem. W XVII i XVIII wieku to była norma – wszyscy improwizowali, w stylu, w którym się poruszali, a przecież nie był to jazz.

Tak jak teraz rozmawiamy i nie recytujemy wcześniej przygotowanych kwestii, tak w muzyce możemy korzystać ze znanego nam języka, ale mówić swobodnie – i to jest właśnie improwizacja.

MELOMANI ONLINE: Na improwizacji bazuje projekt, nad którym pracujesz obecnie z Szymonem Nidzworskim.

ALEKSANDER DĘBICZ: Szymona zawsze uważałem za wybitnego saksofonistę, z pięknym dźwiękiem i wieloma umiejętnościami, w tym kapitalną zdolnością improwizacji. Pewnego razu przy piwie zaproponował mi coś, czego nie robiłem nigdy wcześniej – żebyśmy po prostu weszli do studia, bez przygotowania, bez uzgadniania tematów i zobaczyli czy i co się zadzieje między nami. Spotkaliśmy się w sali koncertowej Uniwersytetu Muzycznego na Okólniku i zaczęliśmy grać. Eksperyment się powiódł. Dobrze nam się rozmawia muzycznie, porozumiewamy się bez słów. Nagraliśmy ok. 20 utworów w pełni improwizowanych, teraz niektóre z nich wrzucamy do internetu. Będziemy pracować nad autorskim projektem wychodzącym od tych nagrań, choć na pewno coś też skomponujemy, nie będzie to wyłącznie improwizacja. Teraz najważniejsze, żeby to jak najwięcej ograć koncertowo. Coś, co jest oparte na improwizacji, musi wybrzmieć na żywo.

Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki
Aleksander Dębicz i Szymon Nidzworski podczas koncertu na Burakowskiej 14 w Warszawie, 1 września 2017 r. Fot. Paweł Piasecki

MELOMANI ONLINE: Irytują Cię sztywne podziały między gatunkami muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: Tak. W filmie nikt się nie dziwi, że Martin Scorsese raz zrobi „Gangi Nowego Jorku”, kiedy indziej „Hugo”, a jeszcze innym razem „Milczenie”. A to są przecież kompletnie inne gatunki! Każdy z nich wymaga równie dużego wkładu pracy, ale wymaga innych środków i wzbudza inne emocje. Tak samo podchodzę do muzyki.

MELOMANI ONLINE: Koncert, który zrobił na Tobie szczególnie duże wrażenie?

ALEKSANDER DĘBICZ: Byłem na niezliczonej ilości fenomenalnych koncertów, więc podam te, które jako pierwsze przychodzą mi do głowy: „Winterreise” F. Schuberta w interpretacji Christopha Prégardiena i Andreasa Staiera. Koncert odbył się w Studiu Polskiego Radia w ramach festiwalu „Chopin i jego Europa” kilka lat temu. Artyści wydobyli z genialnej muzyki Schuberta najczystsze i najgłębsze emocje, wzruszając mnie do łez. Dramaturgii tego wielkiego koncertu nie osłabiło nawet chwilowe zejście ze sceny śpiewaka w środku cyklu z powodu ataku kaszlu.

Prawdziwą euforię wywołały we mnie dwa koncerty Herbiego Hancocka, mojego idola: w Zabrzu, gdzie wystąpił z orkiestrą symfoniczną i triem, prezentując program z płyty „Gershwin’s World”, a drugi w Warszawie w Filharmonii Narodowej promujący płytę „River: The Joni Letters”.

Wspominam też poruszający recital fortepianowy Francesco Piemontesiego na Festiwalu Chopinowskim w Dusznikach. I koncert O.S.T.R. w warszawskiej Stodole.

Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki
Aleksander Dębicz. Zdjęcie: Krzysztof Chojnacki

MELOMANI ONLINE: Najczęściej słuchasz muzyki…

ALEKSANDER DĘBICZ: W domu na głośnikach z komputera bądź z płyt, w ruchu na iPhonie przez słuchawki oraz w samochodzie.

Korzystam z serwisów streamingowych (Apple Music i Tidal), ale od czasu do czasu kupię płytę i wtedy szczególnie doceniam ten nośnik. Nie chodzi mi o jakość dźwięku, lecz o pełniejszą recepcję muzyki. Kiedy kupię płytę, włożę ją do odtwarzacza i otworzę pachnący booklet, zwykle przesłucham całość od początku do końca, skupiając się wyłącznie na muzyce. Korzystając ze streamingów, często słuchamy w sposób wybiórczy, przeskakując z utworu na utwór.

MELOMANI ONLINE: Twoje ulubione miejsce związane z muzyką?

ALEKSANDER DĘBICZ: Szczerze mówiąc nie mam takiego ulubionego miejsca. Lubię grać i słuchać muzyki w rozmaitych przestrzeniach i trudno mi wskazać jedną świątynię dźwięku, do której chciałbym szczególnie często wracać.

MELOMANI ONLINE: Płyta, do której najczęściej powracasz?

ALEKSANDER DĘBICZ: Bardzo często wracam (zwłaszcza jadąc samochodem) do soundtracku z filmu „Blues Brothers”, Piosenki z tego genialnego filmu, który towarzyszy mi już ponad 20 lat, nigdy się nie zestarzeją.

Chętnie sięgam do Bachowskich nagrań Johna Eliota Gardinera, zwłaszcza obydwu Pasji i niektórych kantat.

Nieustannie wracam do mojej ulubionej płyty O.S.T.R. „Ja tu tylko sprzątam”, płyty „Headhunters” Hancocka a także do kilku soundtracków Johna Williamsa.

A gdy mnie znużą nowości fonograficzne (których słucham dużo), to z przyjemnością puszczam sobie legendarną płytę Milesa Davisa „Kind of Blue”.

Piotr Domagała: Staram się słuchać muzyki uważnie, ale nie za dużo

Aż dwa i pół miesiąca, od 1 lipca do 17 września, trwa w Supraślu Podlasie SlowFest, wymyślony przez Romana Gutka interdyscyplinarny festiwal realizujący idee ruchu slow i umożliwiający kontakt ze sztuką w otoczeniu natury. Gitarzysta i kompozytor Piotr Domagała jest kuratorem wydarzeń muzycznych na tym nowym festiwalu.

Piotr Domagała. Fot. Leena Pubev
Piotr Domagała. Fot. Leena Pubev

MELOMANI ONLINE:  Jak doszło do nawiązania współpracy z Podlasie SlowFest?

PIOTR DOMAGAŁA: Ponad dwa lata temu zadzwonił do mnie Roman Gutek. Nie znaliśmy się osobiście, ale oczywiście wiedziałem, że jest to człowiek, który działa skutecznie w bardzo trudnym obszarze, jakim jest promocja sztuki na wysokim poziomie artystycznym, często eksperymentalnej, poszukującej. Przymierzałem się do zorganizowania festiwalu Slow Music w Krakowie, a Roman Gutek zaproponował współpracę przy jego większym projekcie, festiwalu łączącym różne dziedziny sztuki. I tak, pracując na koncepcją festiwalu slow na Podlasiu, zaczęliśmy się poznawać.

Podlasie Slow Fest, Supraśl, 1 lipca - 17 września 2017
Podlasie SlowFest, Supraśl, 1 lipca – 17 września 2017

MELOMANI ONLINE: Jaki był klucz doboru artystów występujących na scenie muzycznej Podlasie SlowFest? Czy trudno było ich namówić na występ w Supraślu?

PIOTR DOMAGAŁA: Na pierwszym miejscu znalazł się słuchacz i potrzeba stworzenia miejsca powolnego odbioru muzyki. Przez powolny odbiór rozumiem możliwość zatopienia się w dźwięku poza czasem. Tradycyjne festiwale nawet jeśli dają nam szansę na spotkanie z wybitnymi twórcami, nie pozostawiają czasu na refleksję, na przeżycie, na pełne doświadczenie wrażeń. Zależało nam na stworzeniu festiwalu „z oddechem”. Z czasem na spokojne przerobienie, przyswojenie bodźców. Kluczem doboru artystów była także wysoka jakość wykonawcza i oryginalność artystyczna. Tak po prostu. Jestem przekonany, że każdy gatunek muzyki na najwyższym poziomie zaprezentowany w odpowiednim miejscu i we właściwych okolicznościach dostarcza słuchaczom niezapomnianych wrażeń. Zapraszani przez mnie artyści reagowali bardzo pozytywnie na założenia festiwalu i chętnie podejmowali współpracę. Muzycy, którzy wystąpili do tej pory, sami o sobie mówią „pasujemy tu”.

Arianne Savall, Petter Udland Johansen i Michał Nagy na Podlasie SlowFest, 27 lipca 2017 r. Fot. Beata Marciniak
Arianne Savall, Petter Udland Johansen i Michał Nagy na Podlasie SlowFest, 27 lipca 2017 r. Fot. Beata Marciniak

MELOMANI ONLINE:  To samo zapewne powiedzą jutro członkowie  Bester Quartet, czterej klasycznie wykształceni muzycy eksplorujący różne obszary muzyki klezmerskiej, jazzowej i awangardowej. Ich festiwalowy koncert w sobotę 26 sierpnia, ma jubileuszowy charakter – zespół obchodzi 20-lecie działalności.

PIOTR DOMAGAŁA: Bardzo się cieszę, że udało mi się zaprosić ten wspaniały zespół na Slowfest. Zwłaszcza, że w tym roku obchodzą jubileusz swojej bogatej działalności artystycznej. Z Jarkiem Besterem i kolegami znamy się od wielu lat, zaczynaliśmy nagrywać w tych samych studiach, wielokrotnie koncertowaliśmy w przeróżnych projektach. Te kontakty były zawsze inspirujące. Myślę, że ich muzyka oparta na kulturze i tradycji klezmerskiej doskonale wpisuje się w klimat i nastrój Podlasia, stąd mój pomysł na jutrzejszy koncert.

MELOMANI ONLINE: Sam jest Pan cenionym muzykiem jazzowym, ale wykraczającym poza granice jednego gatunku. Na festiwalu w Supraślu wystąpi Pan z Kwartetem Śląskim – zespołem klasycznym, promując Waszą ostatnią płytę. Proszę opowiedzieć o tym muzycznym spotkaniu.

PIOTR DOMAGAŁA: Projekt Chowańce, który realizuję w wybitnymi muzykami ze Śląska, również wpasowuje się w ideę festiwalu. Zresztą muzykę do tego projektu pisałem w tym samym czasie, kiedy pracowałem nad koncepcją odbioru slow music. To również, tak jak w przypadku Podlasie SlowFest, był szczęśliwy przypadek, bo spotkałem wspaniałych ludzi. Do urealnienia tego projektu przyczynił się znacząco mój przyjaciel, gitarzysta Marek Nosal oraz Agencja Artystyczna GAP z Krakowa. A praca z Kwartetem Śląskim to czysta przyjemność. Bardzo się cieszę, że ci wybitni wykonawcy muzyki klasycznej, głównie współczesnej, podjęli wyzwanie i mogliśmy połączyć gatunki w taki sposób, żeby każdy pokazał swoją najlepszą stronę.

Piotr Domagała i Kwartet Śląski. Fot. Anna Mika
Piotr Domagała i Kwartet Śląski. Fot. Anna Mika

MELOMANI ONLINE: Obronił Pan doktorat na temat technik i możliwości gry na gitarze we współczesnej muzyce jazzowej, jest Pan wykładowcą w szkołach muzycznych. Jak znajomość teorii przekłada się na Pana praktykę wykonawczą? Jak te dwa światy – teoria i praktyka – spotykają się ze sobą?

PIOTR DOMAGAŁA: Rozwój artystyczny, zresztą rozwój w każdym obszarze, potrzebuje podglebia. Im bogatsze podglebie, tym ciekawszy efekt. Pracuję nad swoim rozwojem wielowątkowo. Oczywiście, świadomość w zakresie teorii muzyki jest bardzo ważna. Nie sztuka raz trafić w cel, sztuką jest świadome kierowanie środkami wyrazu w poszukiwaniu nowych sensów, nowych połączeń, a także nowych środków. Nie chcę wyważać otwartych drzwi. Teoria muzyki jest szeroko opracowana, ale nadal są obszary do rozmyślań. Jednocześnie działalność twórcza i praktyka wykonawcza dostarczają odpowiedzi, ale też prowadzą na nowe ścieżki i stawiają pytania, które lubię poddać dywagacjom teoretycznym. Oprócz wykształcenia muzycznego, zdobyłem też wykształcenie humanistyczne. W moim przypadku są to dwa uzupełniające się obszary, splecione i wzajemnie się wspierające.

MELOMANI ONLINE: Kiedy i gdzie będzie można Pana posłuchać po festiwalu?

PIOTR DOMAGAŁA: Bezpośrednio po Podlasie SlowFest wyjeżdżam do Austrii. Pracujemy nad nowym polsko-austriackim projektem z kolegami z Insbrucku. Będę musiał dogonić muzyków, którzy mogli poświęcić pracy koncepcyjnej całe lato. AcceptDance – tak nazywa się projekt – pokazuje różnice w podejściu do muzyki między naszymi narodami, ale w mój ulubiony sposób, czyli poprzez łączenie najciekawszych elementów i wykazanie, że różnice mogą zbliżać.

Wolfgang Mitterer, koncert na Podlasie SlowFest, 5 sierpnia 2017 r. Fot. Beata Marciniak
Wolfgang Mitterer, koncert na Podlasie SlowFest, 5 sierpnia 2017 r. Fot. Beata Marciniak

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

Transmisja Polskiego Radia z Festiwalu Jazz Jamboree. Mieszkałem w Kielcach, miałem chyba 12 lat, włączone radio. Zachwyt tak wielki, że pamiętam te emocje do dziś.

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie.

John McLaughlin i Zakir Hussain z projektem Shakti w Teatrze Roma w Warszawie w 2003 r.

Płyta, do której najczęściej powracam

Keith Jarrett – „Standards”.

Najczęściej słucham muzyki…

Trudne pytanie. W domu, w samochodzie, na żywo… Staram się słuchać muzyki uważnie, ale nie za dużo.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Moja pracownia na pl. Sikorskiego w Krakowie.

PIOTR DOMAGAŁA - gitarzysta jazzowy, wykładowca klasy gitary w Instytucie Jazzu Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Ma na swoim koncie cztery autorskie płyty.  Więcej informacji na stronie muzyka.

Maciej Farski: Muzyka towarzyszy mi od zawsze

Piotr Łyszkiewicz, Candy Dulfer, Maciej Farski
Maciej Farski (z prawej) i Piotr Łyszkiewicz – dyrektor Ladies’ Jazz Festival z Candy Dulfer, gwiazdą festiwalu w 2007 i ponownie w 2015 r.

MELOMANI ONLINE: Jak doszło do tego, że został Pan organizatorem wydarzeń muzycznych, takich jak rozpoczynający się 20 sierpnia w Gdyni koncertem Urszuli Dudziak Ladies’ Jazz Festival

Moje zawodowe zainteresowania to komunikacja marketingowa, budowanie pozycji marek, public relations. Wydarzenia, ich planowanie, organizacja i ocena to element strategii komunikacyjnych, taktyki osiągania wcześniej zamierzonych celów.

Muzyka towarzyszy mi od zawsze: lepiej czy gorzej grałem i gram na kilku instrumentach, tworzyłem różne zespoły, pisałem teksty i muzykę. Słucham mnóstwa różnych jej odmian.

Współorganizowanie wydarzeń muzycznych to dla mnie logiczne połączenie tych pasji. Jest i wyzwaniem, i przyjemnością. Daje radość obcowania z ciekawymi ludźmi, pozwala ciągle się uczyć i  rozwijać. Cały czas zbieram doświadczenia.  Jestem Koziorożcem, a te podobno na swe szczęście, czy też zgubę, dążą do perfekcji. Ja chciałbym, by nasze festiwale coraz dokładniej docierały do konkretnych, znanych nam odbiorców, spełniały ich oczekiwania, pozytywnie zaskakiwały.

MELOMANI ONLINE:  Skąd pomysł na formułę Ladies‘ Jazz Festival, który odbywa się w Gdyni już po raz trzynasty (w tym roku 20-27 sierpnia)? Inspirował się Pan jakimś innym wydarzeniem czy to w pełni autorski pomysł?

Stacey Kent na Ladies Jazz Festival w 2013 r.
Ladies Jazz Festival. Koncert Stacey Kent w Sali Koncertowej Zarzadu Morskiego Portu Gdynia, 12 lipca 2013 r. Fot. Krzysztof Mystkowski / KFP

MACIEJ FARSKI: Po pierwsze: władze Gdyni poszukiwały formuły cyklicznego jazzowego cyklicznego wydarzenia, które mogłoby trwale wpisać się w koncepcję promowania miasta. Po drugie: należy podkreślić, że twórcą Ladies’ Jazz Festival jest przede wszystkim mój przyjaciel Piotr Łyszkiewicz. To rodowity gdynianin, ale kilkanaście lat pracował w Warszawie, gdzie się poznaliśmy. Na różnych spotkaniach biznesowych byliśmy często jedynymi osobami, które wiedziały, kto śpiewa czy gra w tle 🙂 Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że nadszedł już czas, by zamiast jeździć na koncerty ulubionych wykonawców po świecie, zacząć zapraszać ich do Polski. I dziś mamy jedyny festiwal dam jazzu, podkreślający wkład i rolę kobiet w rozwój tej muzyki. Latem, nad polskim morzem, gdzie warto spędzić trochę czasu. Na przykład w Gdyni, która też jest kobietą i powstawała mniej więcej w czasie, w którym krystalizował się jazz. Jest nowoczesna, chłonna, przyświeca jej od początku może trochę buńczuczna, ale nie przaśna myśl – jakość, przyjemność, pasja, spojrzenie poza horyzont…

MELOMANI ONLINE: Trochę zdziwiłem się, widząc, że jeden  z festiwalowych koncertów odbywa się corocznie w Wejherowie…

MACIEJ FARSKI:  Jeden z koncertów Ladies‘ Jazz Festival już od czterech lat odbywa się w Wejherowie. Do tej pory festiwalowe koncerty w Filharmonii Kaszubskiej dali Banda Magda z USA, Brenda Boykin z towarzyszącym jej Club des Belugas (USA/Niemcy), Stacey Kent w specjalnym brazylijskim programie, a w tym roku wystąpi tu Kandace Springs i do tego będzie to jej pierwsza wizyta w naszym kraju i jedyny w tym roku koncert w Polsce.

Dlaczego Wejherowo? Cóż, wspaniała nowa sala koncertowa, ładna z zewnątrz i miła akustycznie, do tego na tyle duża, by można było myśleć o ciekawych artystkach z zagranicy i na tyle kameralna, by stworzyć atmosferę klubowego grania dla przyjaciół. Władze miasta i dyrekcja Filharmonii Kaszubskiej zgodziły się z nami, że to interesujące przedsięwzięcie. I nie jesteśmy odosobnieni w tym mniemaniu, bo nie po raz pierwszy wejherowski koncert Ladies‘ Jazz Festival jest wyprzedany z dużym wyprzedzeniem.

MELOMANI ONLINE:  Zagranicznymi gwiazdami Ladies‘ Jazz Festival są w tym roku Bebel Gilberto, Wendy Lands i – ku mojej ogromnej radości – wspomniana przez Pana Kandace Springs, stosunkowo mało jeszcze znana w Polsce piosenkarka i pianistka, łącząca w swych kompozycjach elementy soulu, R&B i jazzu, nagrywająca dla prestiżowej wytwórni Blue Note. Proszę zdradzić trochę sekretów z kuchni negocjacyjnej. Jak przekonują Państwo artystów, by odwiedzili Gdynię i Wejherowo? 

MACIEJ FARSKI:  Ladies‘ Jazz Festival to już przeszło 80 koncertów, przeszło 40 tysięcy słuchaczy, prawie 7 tysięcy minut muzyki na żywo, ponad 390 artystów, którym stwarzamy jak najlepsze, przyjazne warunki pracy. Zarówno słuchacze, jak i wykonawcy czują się tu dobrze, mają poczucie, że są ważni i wyjątkowi. Taki przekaz dociera do coraz większej grupy  artystek, które chcą doświadczyć tej atmosfery Ladies‘ Jazz Festival i jednocześnie przyciąga wiernych słuchaczy.

Maciej Farski, Urszula Dudziak - dyrektor artystyczna Ladies Jazz Festival, Piotr Łyszkiewicz, Magda Łyszkiewicz
Maciej Farski, Urszula Dudziak – dyrektor artystyczna Ladies’ Jazz Festival, Piotr Łyszkiewicz, Magda Łyszkiewicz

MELOMANI ONLINE: Jest Pan także współorganizatorem Siesta Festival (w tym roku odbył się w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku w dniach 21-23 kwietnia). Czy jest to propozycja muzyczna zbieżna z tym, co w swych audycjach i na składankach płytowych prezentował Marcin Kydryński?

Początkowo było to specjalne wydarzenie dla uczczenia jubileuszu coniedzielnej audycji radiowej „Siesta”. Dzięki ogromnemu zaintereresowaniu słuchaczy przerodziło się w organizowany cyklicznie festiwal. Marcin Kydryński jest jego dyrektorem artystycznym, a program festiwalu odzwierciedla prezentowane w audycji muzyczne fascynacje jej autora.

MELOMANI ONLINE: Oferta festiwalowa w Polsce jest coraz bogatsza, ale jako wciąż nienasyconemu fanowi jazzu marzy mi się festiwal taki jako North Sea. Czy myśli Pan, że doczekamy się wydarzenia tej skali w Polsce? Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, by to marzenie mogło stać się rzeczywistością?

Musielibyśmy być bogatszym krajem, zarabiać porównywalnie do Skandynawów, mieć zakodowane, że kultura to stanowczo coś więcej niż ekstrawagancja. Stworzenie dobrego festiwalu muzycznego wymaga ogromnej konsekwencji, odpowiedniej, pasującej do czasu i miejsca koncepcji, pieniędzy zarówno na program, obudowę jak i na profesjonalną, skuteczną promocję tego wydarzenia, a także czasu i cierpliwości na dopieszczenie i realizację projektu. Mamy już w Polsce wydarzenia muzyczne, które mogą spokojnie konkurować z festiwalami zagranicznymi. Umiemy je robić, jesteśmy kreatywni i nie boimy się tworzyć oryginalnych rzeczy. Czy zatem będziemy mieć festiwal na miarę North Sea, to zależy od zasobności portfeli i roli, jaką jako naród przypiszemy kulturze w naszym życiu.

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

Nie potrafię wybrać  jednego. Z dzieciństwa pamiętam „Valse Triste” Sibeliusa, „Taniec z szablami” Chaczaturiana, Bolero Ravela, trzecia część V Symfonii Beethovena, „Korowód” Marka Grechuty, Albinoniego, Corellego. Potem były rzesze przedstawicieli rocka, punku, indie, przeróżni songwriterzy, a dopiero potem Coltrane, Davis, Chet Baker…

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Hanna Banaszak na Ladies’ Jazz Festival 2012 Teatr Muzyczny - Nowa Scena w Gdyni fot. Mateusz Ochocki / KFP
Hanna Banaszak na Ladies’ Jazz Festival 2012,Teatr Muzyczny – Nowa Scena w Gdyni. Fot. Mateusz Ochocki / KFP

David Byrne w Kongresowej , Hanna Banaszak na Ladies’ Jazz Festival, Biffy Clyro w Proximie, a potem w Stodole i na Torwarze (uwielbiam ich koncertową twarz, tak inną od tej znanej z teledysków czy płyt), John Porter w różnych klubach studenckich działających w zeszłym wieku, Nick Cave w Kongresowej, Pogorelić na konkursie chopinowskim, Anoushka Shankar podczas pierwszego koncertu w Polsce na Siesta Fetival (również dlatego, że był to odważny projekt, biorąc pod uwagę charakter tego festiwalu), Patricia Barber Trio – ostatni jej koncert w Gdyni… znów pewnie za dużo, a mam nadzieję, że ta lista będzie rosła i rosła 🙂

Płyta, do której najczęściej powracam /  z której posiadania w swojej kolekcji jestem najbardziej dumny

Ostatnio najczęściej słucham „Desh” Jocelyn Pook, „Dawn Chorus” Hidden Orchestra, „Mumble” Wendy Lands (by pamiętać, że nasza gwiazda Ladies’ Jazz Festival 2017 nie samym Szpilmanem stoi), „Bental” Kobiety z Wydm (świetne teksty i utwory) oraz „Songs from Before” Maxa Richtera.

Najbardziej dumny byłem chyba z analoga „An American Prayer” The Doors, który kupiłem w antykwariacie muzycznym w Łodzi za połowę stypendium.

Najczęściej słucham muzyki…

Wszędzie i w każdych okolicznościach! W samochodzie, w pracy, w domu, chyba tylko nie na spacerach po lesie :). Muzyka towarzyszy mi od zawsze. Różna w zależności od nastroju i chwili. Na przeróżnych nośnikach i w przeróżnych formatach. Kocham dźwięki, jestem od nich uzależniony.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Coraz bardziej doceniam miejsca, gdzie można słuchać muzyki w komforcie, gdzie wygodnie się siedzi i nikt nikomu nie przeszkadza. Stąd też nasze festiwalowe koncerty organizujemy np. w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, Teatrze Muzycznym w Gdyni, dobrych salach koncertowych, które oferują słuchaczom i odpowiednią akustykę, i wysoki komfort.

MACIEJ FARSKI

Zajmuje się komunikacją marketingową i public relations. Jest współorganizatorem m.in. jedynego w Europie festiwalu poświęconego damom jazzu, Ladies’ Jazz Festival, nieprzerwanie odbywającego się od 2005 roku, oraz współorganizatorem i promotorem Siesta Festival.

Paweł Kos-Nowicki, Monika Kos-Nowicka: Opanowaliśmy sztukę kompromisu

MELOMANI ONLINE: Właśnie zbliża się do końca X edycja Letniego Festiwalu Nowego Miasta w Warszawie, którego filarem jest orkiestra Warsaw CamerataPodczas finałowego koncertu w niedzielę 6 sierpnia zadyryguje nią Jerzy Maksymiuk. Cofnijmy się jednak do samego początku – jak zrodziła się ta inicjatywa? Będzie to też zapewne, Pawle, opowieść o orkiestrze, którą prowadzisz obecnie i jej poprzedniczce – Nowej Orkiestrze Kameralnej.

Paweł Kos-Nowocki dyryguje orkiestrą Warsaw Camerata. Zdjęcie: Weronika Pawłowska.
Paweł Kos-Nowicki dyryguje orkiestrą Warsaw Camerata. Zdjęcie: Weronika Pawłowska.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Historia zaczyna się w roku 1999-2000. Spotkaliśmy się z grupą przyjaciół podczas pracy nad operą Jerzego Fryderyka Handla „Sosarme” w Akademii Muzycznej w Warszawie. Miałem początkowo być asystentem dyrygenta, który jednak się wycofał i Agata Sapiecha, która sprawowała kierownictwo muzyczne zapytała, czy nie stanąłbym za pulpitem. Jednocześnie właśnie wtedy przyjechał do Polski Richard Berkeley, kontratenor, obecnie prezes Fundacji Nowa Orkiestra Kameralna. Miał warsztaty z odtwórcami głównych ról wokalnych. Zaproponował, żebyśmy zrobili coś dalej na bazie zespołu pracującego and tym przedsięwzięciem.
Ja byłem wówczas jeszcze studentem i marzyłem o posiadaniu własnej orkiestry, Monika była tuż po studiach. W tym czasie państwo raczej wycofywało się z wspierania finansowo tego rodzaju inicjatyw, my z kolei nie byliśmy jeszcze przyzwyczajeni do myślenia rynkowego: trzeba mieć produkt, który się sprzedaje. Zaczęliśmy grać nie mając wsparcia znikąd, spotykaliśmy się po prostu z grupą przyjaciół na próbach i koncertach: tak funkcjonowaliśmy przez pierwsze dwa lata.

MELOMANI ONLINE: To z czego żyliście wtedy?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Mieliśmy szczęście – ojciec Moniki radził sobie dobrze finansowo i zgodził się utrzymywać dwóch darmozjadów – artystów „na dorobku”. Rola tego mecenesa była absolutnie nie do przecenienia 🙂 Jako student miałem też stypendium Ministerstwa Kultury za wyniki, a ponadto rentę rodzinną, gdyż mój ojciec zmarł wcześnie, w 1997 r. Do 26. roku życia funkcjonowałem po części na koszt państwa i wspominam to bardzo dobrze. Mieliśmy więc możliwość pracy marzycielskiej. Richard też powtarzał, że żaden zespół tego typu nie może istnieć bez programów edukacyjnych (w języku angielskim jest na to ładne określenie „outreach”). Pierwsze dostacje od miasta dostaliśmy właśnie na działania wśród uczniów.
Po pięciu latach funkcjonowania pojawił się w dzielnicy Śródmieście konkurs na zorganizowanie cyklu imprez kulturalnych w obrębie Traktu Królewskiego. To był początek Festiwali Nowego Miasta. Graliśmy wtedy w cztery niedziele w czterech kościołach – oprócz tych, które są z naszą imprezą związane na stałe od 10 lat (dominikanie na Freta, franciszkanie na Zakroczymskiej i kościół Nawiedzenia NMP na ul. Przyrynek), występowaliśmy wtedy jeszcze w kościele paulinów na ul. Długiej.

MELOMANI ONLINE: Czy macie jakieś „odgórne” uzgodnienia ze stroną kościelną?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Nie, umawiamy się w każdym z tych miejsc z osobna. Po dziesięciu latach przeor dominikanów, gwardian u franciszkanów czy proboszcz na Przyrynku wiedzą kto, do nich przychodzi i po prostu w pewnym momencie zaczynamy pracę. Franciszkanie chcą zresztą, żebyśmy grali u nich więcej koncertów, nie tylko podczas Festiwalu, ale w ciągu całego roku. Ja się z tego bardzo cieszę, bo przez wieki właśnie w kościołach sztuka wzrastała i kwitła. Uważam, że to jest dobre miejsce dla sztuki. Może nie perfekcyjne do grania, ale zawsze można znaleźć utwory pasujące do tych wnętrz.

Wracając jeszcze do historii festiwalu: w 2009 r. ówczesny burmistrz Śródmieścia Piotr Królikiewicz zasugerował nam, żebyśmy skupili się na muzyce polskiej. To było trochę pytanie, trochę życzenie, ale w zasadzie propozycja nie do odrzucenia. Zrozumieliśmy, że albo tak, albo wcale. Nie było nam jednak z tym nie po drodze, gdyż od początku uważaliśmy, że kto jak nie my ma pokazywać polską muzykę.

Monika Kos-Nowicka. Zdjęcie z archiwum domowego.
Monika Kos-Nowicka. Zdjęcie z archiwum domowego.

MONIKA KOS-NOWICKA: Zaczęliśmy wtedy sprawdzać i okazało się, że nie ma wielu imprez z muzyką wyłącznie polską.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Jak widać to przyjęło się, funkcjonuje i będzie funkcjonować dalej.

MELOMANI ONLINE: Jak z Nowej Orkiestry Kameralnej zrodziła się Warsaw Camerata?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Fundacja Nowa Orkiestra Kameralna zaczęła robić dużo rzeczy dookoła: miała amatorski chór, szkolenia, jakieś działania biznesowe. I w pewnym momencie NOK zaczęto postrzegać jako zespół hobbystów. Poza tym orkiestra przestała być „nowa”. Doszliśmy do wniosku, że trzeba trochę uporządkować te różne obszary. Powstał Chór Warszawski zamiast chóru FNOK, powstała Warsaw Camerata i każdy zaczął trochę pracować na swój rachunek, choć Fundacja pozostała zapleczem organizacyjno-finansowym. Podkreślamy jednak zawsze, że Warsaw Camerata wywodzi się z NOK – zespołu, który kiedyś występował z samym Christopherem Hogwoodem.

Paweł i Monika Kos-Nowiccy z Christopherem Hogwoodem
Paweł i Monika Kos-Nowiccy z Christopherem Hogwoodem

MELOMANI ONLINE: Robicie oboje wiele, by kolejne pokolenie – na razie w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym – nie wzdragało się w przyszłości, słysząc słowo „filharmonia”. Moniko, edukacja najmłodszych melomanów to zdaje się głównie Twoja działka.

MONIKA KOS-NOWICKA: Przede wszystkim trzeba tu powiedzieć o Filharmonii Przedszkolaka. Wymyśliliśmy ten program, kiedy nasz starszy syn był w wieku przedszkolnym. Zaczęło się od wizyty w jego przedszkolu pod hasłem „co robią Twoi rodzice”: ja z koleżankami jako kwartet coś zagraliśmy, a Paweł opowiadał o muzyce klasycznej, która nie jest wcale taka straszna. Zostaliśmy dobrze przyjęci, więc zaczęliśmy pisać wnioski do miasta i dzielnic i z powodzeniem rozszerzyliśmy program na kolejne placówki, głównie przedszkola państwowe.
W tym roku mieliśmy ok. 400 godzin różnej działalności animacyjnej.
Dla starszych dzieci wymyśliliśmy warsztaty, podczas których muszą podejmować decyzje twórcze: co mamy zagrać, jaką historię przedstawić.
Organizujemy też od wielu lat cykl Koncertów Rodzinnych na Łowickiej, w tej chwili czekamy na rozstrzygnięcie kolejnego konkursu.

MELOMANI ONLINE: Czy małe dzieci podczas koncertów mogą się swobodnie przemieszczać?

MONIKA KOS-NOWICKA: Nie, to byłoby logistycznie trudne do ogarnięcia.

MELOMANI ONLINE: I udaje się utrzymać ich uwagę?

MONIKA KOS-NOWICKA: Tak, gramy krótkie fragmenty. Jeżeli jest dłuższy utwór, to dzielimy go na części, przeplatane opowieściami o tym, co można usłyszeć. Wszystko jest dopasowane do percepcji dzieci.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Co ważne, nie jest to słuchanie dla słuchania. Moja koleżanka, doktor psychologii, powiedziała kiedyś, że dziecko musi mieć jasno wyznaczony cel słuchania. Słuchanie muzyki, bo jest ładna, u większości dzieci przedszkolnych nie ma sensu.

Zajęcia z dziećmi w szkole podstawowej
Zajęcia z dziećmi w szkole podstawowej

MELOMANI ONLINE: Jaki może być ten cel?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Na przykład próba policzenia, ile razy w Rondzie Mozarta pojawia się temat albo jakie zwierzaki ukryły się w „Wiośnie” Vivaldiego. Jeśli np. jeż, to pytamy, który instrument zagrał jeża.
Rzeczą frustrującą jest to, że muzyka nas w tej chwili otacza praktycznie bez przerwy – jest tłem, które nie zawsze nam odpowiada, ale nie mamy na to wpływu. I obserwujemy, że dzieci słuchają, kiedy do nich mówimy, ale gdy zaczynamy grać – natychmiast zaczynają rozmawiać. Przy muzyce gadamy wszędzie: w kawiarni, w sklepie, w samochodzie. Dzieci wyciągają po prostu wnioski z zachowania dorosłych.

MONIKA KOS-NOWICKA: Przykład, jaki dają dorośli, jest kluczowy. Jeśli w przedszkolu, w którym gramy, panie wychowawczynie nie piją w tym czasie kawy, stukając szklankami albo nie stukają w smartfony, dzieci bardziej koncentrują się na tym, co robimy.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Na zachowanie dzieci niebagatelny wpływ ma też pogoda. Gdy nadchodzi burza, nie mogą się skoncentrować. Wychowawczynie uprzedzają nas też czasami, że będzie trudno, bo dzieci są niewyspane albo np. oczekują na wizytę Mikołaja.
Zresztą to samo dotyczy w dużym stopniu dorosłych. Krzysztof Baculewski na seminarium z krytyki muzycznej na warszawskiej Akademii mawiał nam: jeśli macie kaca, nie wyspaliście się albo boli was głowa, nie idźcie na koncert, bo wiadomo, że napiszecie złą recenzję.

MELOMANI ONLINE: Często pamiętamy utwór przez pryzmat chwili, tego, co w danym momenie czuliśmy. Słuchamy drugi raz i tego czegoś w utworze już nie odnajdujemy.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: I to właśnie w muzyce jest fantastyczne, że nie jest zawsze taka sama!

MELOMANI ONLINE: Macie też adresowany do dorosłych projekt muzyczny, który nosi tytuł „Warsaw Camerata a la carte!”. Jak mieszkańcy trzech warszawskich dzielnic, Pragi Północ, Woli i Bemowa – do nich, jak rozumiem, jest adresowany i z nimi realizowany ten trzyletni (2017-2019) projekt – wpływają na kształt koncertów, których potem mogą posłuchać?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Ze znajomymi i ze słuchaczami koncertów rozmawialiśmy wielokrotnie o programach proponowanych przez instytucje. I wielokrotnie padało stwierdzenie, że są w nich utwory, które lubią grać artyści, ale publiczność niekoniecznie chce ich słuchać. Postanowiliśmy więc odwrócić sytuację i zapytać ludzi, czego chcą słuchać. Głosują na nasze propozycje albo poprzez internet albo tradycyjnie, na kartce podczas koncertów. Propozycje są oczywiście dostosowane do naszych możliwości kadrowych i finanowych.
Nie porwiemy się na Mahlera, bo wtedy całą naszą dotację pochłonąłby zapewne jeden koncert. Teraz np. trwa zacięta walka pomiędzy miłośnikami Serenady Czajkowskiego i symfonii Haydna. Nasz rekord to 650 głosów – wtedy rywalizowały „Mesjasz” Handla i „Gloria” Vivaldiego. Cztery lata już to robimy, a kolejne trzy przed nami. Śmiejemy się, że to jest taka wersja live odtwarzacza płytowego: gramy to, czego ludzie chcą w danym momencie słuchać.

MELOMANI ONLINE: Gdzie odbywają się te koncerty?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Zawsze w kościołach, bo jak wiadomo Warszawa nie jest miastem, które może poszczycić się salą koncertową w każej dzielnicy. Na Bemowie np. u księży michalitów na Markiewicza.
„Warsaw Camerata a la carte!” to nie są wyłącznie koncerty, mamy też spotkania w przedszkolach.

MELOMANI ONLINE: Pawle, podobnie jak Jerzy Maksymiuk, który w tym roku poprowadzi Warsaw Cameratę w finałowym koncercie Letniego Festiwalu Nowego Miasta, jesteś uczniem prof. Bogusława Madeya.
Później doskonaliłeś swoje umiejętności m.in. u Sir Colina Daviesa. Ciekawi mnie, jak mistrzowie dyrygentury przekazują swoją wiedzę i doświadczenie młodym adeptom tej sztuki?

PAWEŁ KOS-NOWICKI: W przypadku prof. Madeya powiem tak: im więcej lat upływa od czasu ukończenia przeze mnie studiów, tym bardziej doceniam to, co robił. Podczas studiów czasami wydawało mi się, że trafiłem do piekła, bo profesor ma wciąż o coś pretensje i nic mu się nie podoba. Parę lat po studiach poszedłem na jego zajęcia i zobaczyłem na podium młodą dziewczynę, tak samo
w myślach arogancką jak ja kiedyś, bo przecież wszystko umie: profesor coś mówi, ona robi dokładnie na odwrót i jeszcze się denerwuje. Madey nie był typem wujka, który przytuli do piersi i pogłaska po głowie. Najpierw dostawaliśmy dość mocno po tyłkach, potem było już lepiej. Z czasem pojąłem, że ta szorstkość była potrzebna, żeby w przyszłości, gdy już staniemy przed orkiestrą, żaden muzyk nie był nas w stanie wyprowadzić z równowagi jakimś irytującym pytaniem. Więc metoda Madeya zdała rezultaty, wystarczy zresztą spojrzeć, ilu wybitnych dyrygentów wyszło spod jego ręki: Jerzy Maksymiuk, Marcin Nałęcz-Niesiołowski, Wojciech Rajski, z młodszych Łukasz Borowicz czy Paweł Kotla.
U Madeya niezwykle istotna była technika i to, jak się wygląda za pulpitem, estetyka, ekonomia ruchu i gestu. Uwielbiał kształtować dyrygentów na swój obraz. Sir Colin Davies, u którego byłem na kursie w Dreźnie, był zupełnie innym nauczycielem. Nie zwracał uwagi na to, jak się coś pokazało, natomiast dbał o dobrą komunikację, o czytelność gestów. Uważał, że przede wszystkim nie należy orkiestrze przeszkadzać. Pamiętam, że jeden z kolegów strasznie gestykulował w stronę muzyka, który grał na trójkącie. Davies zapytał: Czy on gra źle? Jeśli nie, to zostaw go w spokoju. Interweniuj wtedy, gdy coś się dzieje nie tak. To były święte słowa: pozwolić muzykom zagrać. To pewnie główna różnica między kursantami a mistrzem: oni bardzo chcieli zaistnieć, on nie musiał tego robić.

Warsaw Camerata podczas próby z Jerzym Maksymiukiem 1 sierpnia 2017 r.j
Warsaw Camerata podczas próby z Jerzym Maksymiukiem 1 sierpnia 2017 r.

MELOMANI ONLINE: Od lat współpracujecie przy różnych projektach muzycznych, Paweł jako dyrygent, ty, Moniko, jako skrzypaczka, a oboje jako animatorzy. Czy zawsze się we wszystkim zgadzacie?

MONIKA KOS-NOWICKA: Nie. Kłócimy się – to może za duże słowo, ale spieramy się. Z reguły dochodzimy do kompromisu, prawda? Nasze role szefa i pracownika przeplatają się: jako koordynator Filharmonii Przedszkolaka ja mówię Pawłowi, co ma robić i kiedy, na koncercie on kieruje orkiestrą, w której ja gram, a jednocześnie oboje jesteśmy członkami zarządu Fundacji.

PAWEŁ KOS-NOWICKI: Ważne jest, by w pewnym momencie powiedzieć stop, zostawić za sobą spory, które bywają niekiedy gorące, wyłączyć komputery i powiedzieć: teraz jesteśmy w domu. O tyle to niełatwe, że w naszym domu mieści się biuro Fundacji 🙂 Udało nam się opanować sztukę kompromisu: jesteśmy małżeństwem osiemnaście lat i tyle samo ze sobą pracujemy.

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

PAWEŁ KOS-NOWICKI [PKN]: Artysta, kompozytor i płyta w jednym. G.F. Handel – Mesjasz pod batutą Johna Eliota Gardinera. Jakość brzmienia, perfekcja chóru i piękno handlowskiej partytury.

MONIKA KOS-NOWICKA [MKN]: Występ zespołu „Mazowsze” w Sali Kongresowej, na który zabrał mnie mój tata. Miałam najwyżej 5 lat i byłam oczarowana. Postanowiłam już wtedy, że zostanę muzykiem 😉

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

PKN: Ogromne wrażenie wywarł na mnie koncert Sir Colina Daviesa, któy poprowadził orkiestrę Hochschule fur Musik C.M. von Weber, ale trudno jest się zdecydować na jeden.
Pamiętam z dzieciństwa Koncert e-moll Mendelssohna grany przez Magdalenę Rezler-Niesiołowską z Lubelską Filharmonią pod batutą japońskiego dyrygenta,
którego nazwiska w tej chwili nie pamiętam. Natomiast miłość do Mendelssohna pozostała.
Późniejsze wspomnienia to VII Symfonia Brucknera grana przez Concertgebouw w sali Musikverein w Wiedniu.  Dyrygował Riccardo Chailly. Wbiło mnie w fotel ich piano.

MKN: O dziwo nie związany z klasyka, którą zajmuję sie na codzień: Live at Wembley zespołu Queen – koncert z 1986 r, który na poczatku lat 90 kupiłam na kasecie wideo za ciężkie pieniądze (jak na ówczesne polskie warunki) w Austrii. Charyzma Freddiego Mercurego jest po prostu niesamowita.

Płyta, do której naczęściej powracam

PKN: Na dobrą sprawę co miesiąc inna 🙂 Ostatnio nie mogę się oderwać od Symfonii Reformacyjnej Mendelssohna z LSO pod dyrekcją J. E. Gardinera.

MKN: Nie mam takiej – lubię słuchać bardzo różnej muzyki.

Najczęściej słucham muzyki…

PKN: W domu, kiedy nikogo nie ma, włączam sprzęt (CD) i w spokoju słucham.

MKN: Przede wszystkim staram się słuchać „świadomie”, a nie przy okazji zajmowania się czymś innym. Nie lubię muzyki w tle.

Ulubione miejsce związane z muzyką

PKN: Właściwie nie mam. Najważniejsza jest jakość granej muzyki, a nie miejsce. 😉

MKN: Zamek Królewski w Warszawie – z kilku powodów: świetna akustyka, piękne wnętrze, kameralna publiczność. Wspaniałe miejsce zarówno do wykonywania muzyki, jak i do jej słuchania.

Plakat X Letniego Festiwalu Nowego Miasta
Plakat X Letniego Festiwalu Nowego Miasta

PAWEŁ KOS-NOWICKI

Absolwent Akademii Muzycznej im. F. Chopina [AMFC, obecnie Uniwersytet Muzyczny im. F. Chopina] w Warszawie, gdzie kształcił się pod kierunkiem prof. Bogusława Madeya. Uczestniczył także w kursach dyrygenckich prowadzonych przez Sir Colina Daviesa i J. Salwarowskiego.
Laureat III Ogólnopolskiego Przeglądu Młodych Dyrygentów im. W. Lutosławskiego w Białymstoku, stypendysta Ministra Kultury i Sztuki.
Zadebiutował w 1999 r. w sali Filharmonii Lubelskiej jako dyrygent Orkiestry Trybunału Koronnego. Współpracował także z orkiestrami Akademii Muzycznej w Warszawie, Opery i Filharmonii Podlaskiej, Filharmonii Częstochowskiej, Filharmonii Podkarpackiej, Płocką Orkiestrą Symfoniczną, Zamojską Orkiestrą Symfoniczną, Orkiestrą Kameralną ACADEMIA, Elbląską Orkiestrą Kameralną.
Od 2000 r. jest szefem Nowej Orkiestry Kameralnej. W 2010 roku z jego inicjatywy rozpoczął działalność zespół Warsaw Camerata.

MONIKA KOS-NOWICKA
Skrzypaczka. W 1999 r. ukończyła AMFC w Warszawie w klasie prof. J. Kucharskiego.  Kilkakrotnie brała udział w kursach mistrzowskich: w Łańcucie (klasa J. Kucharskiego i M. Orzechowskiej) oraz w Krems (Austria) na Ost-West Musikfest (w klasie mistrzowskiej prof. Igora Ojstracha, Aleksandra Arenkowa i Gernota Winischhofera).  Podczas kursów była również członkiem Orkiestry Festiwalowej, prowadzonej przez Sauliusa Sondeckisa.
Wielokrotnie zdobywała wyróżnienia na konkursach i przesłuchaniach regionalnych i ogólnopolskich.
Współzałożycielka orkiestry Warsaw Camerata oraz koordynator działań edukacyjnych Fundacji Nowa Orkiestra Kameralna. Współprowadzi Filharmonię Przedszkolaka, uczestniczy w warsztatach Tworzę, więc jestem!.