Magdalena Kantowicz: Wypełnić przestrzeń, która jest dla nas istotna

Magdalena Kantowicz w Jazz Club Papaja
Magdalena Kantowicz w Jazz Club Papaja w Ełku

MELOMANI ONLINE: Pięć lat temu zorganizowała Pani pierwszy koncert, na którym wystąpił znakomity pianista Leszek Możdżer. W tym roku po raz pierwszy organizuje Pani Ełk Jazz Festival i otwiera go ten sam artysta. Jak się poznaliście?

MAGDALENA KANTOWICZ: Leszek Możdżer jest dla mnie bardzo szczególnym artystą, którego odbieram niezwykle sentymentalnie. Warszawa, studia i Jazz Na Starówce, w ramach którego w 2004 roku Leszek zagrał koncert z Larsem Danielssonem i Zoharem Fresco. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam utwór „Incognitor”, który później został zarejestrowany na płycie „The Time”. Do dzisiaj, kiedy go słyszę, uśmiecham się do siebie.

Minęło kilka lat i przeprowadziłam się do Ełku. Zawodowo zawsze byłam związana z ekonomią i finansami, ale każdy z nas ma swój mały świat prywatności, przyjemności, marzeń… Kiedy nam czegoś brakuje, nie możemy narzekać, że tego nie ma. Trzeba odważnie po to sięgnąć i wypełnić przestrzeń, która jest dla nas istotna.

Zorganizowałam więc swój pierwszy koncert. Nieprzypadkowo był to koncert Leszka Możdżera. Potem miałam przyjemność pracować z nim przy kilku innych koncertach i projektach. W tym roku w ramach Ełk Jazz Festival organizowanego przez Ełckie Centrum Kultury pianista wystąpił dokładnie w tej samej sali. Bardzo się cieszę, że przyjął zaproszenie do otwarcia tego wydarzenia. Wypełniona po brzegi sala oraz zachwycona publiczność pokazały, że była to właściwa decyzja.

MELOMANI ONLINE: Organizacja kilkudniowego festiwalu w nie tak wielkim mieście to spore wyzwanie, zwłaszcza gdy póki co impreza obywa się bez sponsorów. Jak rozumiem, pomogło miasto?

MAGDALENA KANTOWICZ: Ełk jest miastem niezwykle malowniczym, wielokulturowym, z bogatą tradycją muzyczną, ciekawą ofertą wydarzeń koncertowych, teatralnych, obecnie również sportowych. Najważniejsze jednak, że prezydent Ełku Tomasz Andrukiewicz nie boi się nowych projektów, reaguje na sygnały o potrzebach i bardzo aktywnie wspiera ciekawe pomysły, dlatego też miasto tak pięknie się rozwija i daje nowe możliwości.

Z pomysłem festiwalowym nosiłam się od dawna. Sam pomysł, doświadczenie, kontakty i zaciśnięte kciuki wszystkich wielbicieli jazzu w tej części Mazur to nie wszystko. Na szczęście Ełckie Centrum Kultury postanowiło podjąć się organizacji, a Urząd Miasta sfinansować projekt. Jak się okazuje, było to słuszne połączenie sił i mam nadzieję, że kilka dni po festiwalu usiądziemy do rozmów o kontynuacji w przyszłym roku.

Program Ełk Jazz Festival 2017
Gwiazdy Ełk Jazz Festival 2017

MELOMANI ONLINE: Jakie ma Pani plany na kolejne edycje festiwalu? Czy pozostanie to wydarzenie stricte jazzowe czy może zostanie poszerzone o inne gatunki muzyki?

MAGDALENA KANTOWICZ: Jazz jest pojęciem niezwykle pojemnym i daje ogrom możliwości w postaci łączenia różnych gatunków. Zdecydowanie nie można tu mówić o żadnych schematach. Koncepcja kolejnego festiwalu powinna powstać na bazie obserwacji i rozmów z publicznością, muzykami i wszystkimi osobami zaangażowanymi w projekt.

Festiwal jest organizmem żywym, opartym na ludziach, dźwięku i emocjach. Oczywiście myślę nad kilkoma rzeczami: formułą konkursową, dołączeniem obrazu, dodatkową sceną itd. Na pewno wiem, kogo sama chciałabym usłyszeć. Poczekam jednak z tydzień lub dwa, gdy przetrawią się wszystkie emocje po festiwalu i głowa zacznie funkcjonować w miarę neutralnie. Mam już propozycję współpracy z mediami i partnerami finansowymi, a to daje dodatkowe możliwości. Trzymajmy więc kciuki.

MELOMANI ONLINE: Zorganizowała już Pani ok. 100 koncertów, głównie w ełckim klubie Papaja. Który z nich pamięta Pani jako najtrudniejszy od strony organizacyjnej? A który dostarczył najwięcej satysfakcji?

MAGDALENA KANTOWICZ: Jazz Club Papaja to miejsce, gdzie dzieją się rzeczy wyjątkowe. W jakiś magiczny sposób, w małej przestrzeni nagle udaje się zmieścić i artystów, i publiczność. Właśnie ta niewielka przestrzeń jest chyba zawsze największym wyzwaniem. Akustyczny koncert trio lub kwartetu – nie ma sprawy, gdy jednak muzyków jest piątka, szóstka, a zdarzało się nawet siódemka, dochodzi do sytuacji, kiedy scena jest większa niż widownia. Nie przeszkadza to jednak tak wspaniałym artystom jak Anna Maria Jopek, Dorota i Henryk Miśkiewicz, Jan Ptaszyn Wróblewski, Ewa Bem, Wojciech Karolak, Krzysztof Herdzin, Adam Bałdych, Hanna Banaszak, Mietek Szcześniak, Natalia Kukulska, Smolik, Marek Napiórkowski, Kuba Badach, Robert Kubiszyn, Michael Patches Stewart….. i tak mogłabym wymieniać jeszcze wiele znakomitych nazwisk.
Wszystkim powtarzam, że przy tworzeniu kalendarza koncertowego na każdy kolejny rok jestem straszną egoistką. Dlatego trudno wybrać jeden koncert, który dostarczył mi najwięcej wrażeń. Ja po prostu wiem, kogo chciałabym usłyszeć w tym miejscu.

Prgram koncertów ze strony internetowej Jazz Club Papaja http://www.jazzclubpapaja.pl/
Program koncertów ze strony internetowej Jazz Club Papaja

Ogromnie się cieszę, gdy po koncertach ludzie, którzy w nich uczestniczyli, dzwonią do mnie i przeżywają raz jeszcze to, co słyszeli. Dokładnie w takim celu właściciele Jazz Clubu Marta i Marek Peter stworzyli możliwość odbierania dźwięku i obrazu w bardzo kameralnych warunkach. Rozmowy z muzykami po koncertach, słuchanie opowieści z tras lub uczestniczenie w żartobliwych potyczkach słownych zaprzyjaźnionych artystów to nieoceniona wartość dodana do wszystkiego, co wydarzyło się na scenie.

MELOMANI ONLINE: Nie jest Pani rodowitą ełczanką. Co ściągnęło Panią do tego właśnie miasta?

MAGDALENA KANTOWICZ: Historia stara jak świat – po prostu mąż. Niestety, nie ma go już z nami, ale to właśnie on zabrał mnie na pierwszy koncert Możdżera i miał ogromny wpływ na moją wrażliwość i świadomość muzyczną. Dzięki niemu jestem też posiadaczką ogromnej ilości płyt analogowych, które zbieraliśmy przez lata i przywoziliśmy z podróży.

Magdalena Kantowicz zaprasza na Ełk Jazz Festival
Magdalena Kantowicz zaprasza na Ełk Jazz Festival

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

George Benson, Grover Washington, Earth Wind and Fire słuchane na zmianę z U2 w liceum, kiedy odkryłam, że może to być ciekawsza opcja niż Nirvana i Guns’N’Roses.

Czasami niezręcznie jest nam się przyznawać do tego, że przez lata, gdy dorastamy, różne rzeczy wpadają do ucha, przechodzimy fascynacje, które we wspomnieniach 20 lat później zaskakują nawet nas samych. Odwiedzając moją mamę, z rozrzewnieniem otwieram szafkę wyklejoną od środka plakatami i wycinkami z „Bravo”, na których jest Kurt Cobain, Michael Jackson, Slash i….. chłopaki z New Kids On The Block.

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Pierwszy z dużych koncertów to chyba U2 na Służewcu.

A ostatni… Gregory Porter w tym roku w Łodzi. Uwielbiam momenty, kiedy słuchając muzyki przestaję oddychać…. i na tym koncercie tak właśnie było.

Poza tym najbardziej pamiętam koncerty, po których mogę chwilę porozmawiać i uścisnąć dłoń artyście, który dotąd był nieosiągalny. Tak się stało na przykład po koncertach Marcusa Millera, Pata Metheny, Kurta Ellinga.

Płyta, do której najczęściej powracam / którą chciałabym polecić innym

Trochę tych płyt by się nazbierało, ale z kolei długo trwałoby opowiadanie, dlaczego właśnie ta. Generalnie polecam i rozdaję płyty non stop. Bardzo lubię dzielić się kolejnymi odkryciami, nie tylko jazzowymi. Tak między innymi „zarażam” publiczność przychodzącą do Jazz Club Papaja.

Najczęściej słucham muzyki…

Paradoksalnie… nie słucham muzyki w domu. Najczęściej w samochodzie – Trójki lub płyt, które akurat chcę przesłuchać. Zdecydowanie najbardziej prawdziwa opcja to koncert na żywo. Tutaj nic się nie „oszuka” i nie doda elektronicznie.

W tym momencie koniecznie muszę nawiązać do wywiadu ze Staszkiem Trzcińskim. Przyłączam się do ogromnej grupy sympatyków Radia PIN. Marzę o jego reaktywacji. Brakuje mi go bardzo…

Ulubione miejsce związane z muzyką

Oczywiście jest to Jazz Club Papaja w Ełku. W Warszawie wpadam czasami do 12on14.

Przez najbliższe 2 dni będzie to jednak Ełckie Centrum Kultury i Ełk Jazz Festiwal – zapraszam serdecznie.

Plakat Ełk Jazz Festival, 23 i 28-29 lipca 2017 r.
Plakat Ełk Jazz Festival, 23 i 28-29 lipca 2017 r.

Magdalena Kantowicz – kierownik artystyczny Ełk Jazz Festival 2017 (23 oraz 28-29 lipca), manager koncertowy Jazz Club Papaja.

Stanisław Trzciński: Muzyka to jedna z najbardziej pożądanych treści w internecie

Stanisław Trzciński - STX Jamboree
Stanisław Trzciński. Fot. Archiwum STX Jamboree

MELOMANI ONLINE: Jesteś kojarzony z wieloma inicjatywami, m.in. z serią płytową Pozytywne Wibracje. Pod tą marką organizowałeś także festiwal w Białymstoku. Czy jest szansa na reaktywację tego wydarzenia?

STANISŁAW TRZCIŃSKI: Nadal jest taka nadzieja, bo jest wielu fanów czarnej muzyki. Nasz festiwal został finalistą Festival Awards Europe 2012 w kategorii Best Small Festival. Próbowaliśmy po roku przerwy, w 2014 roku w Warszawie, próbowaliśmy także w 2015 roku w Lublinie, Puławach i w Kazimierzu Dolnym. Sądzę, że mamy szansę na kolejną lokalizację. To projekt bliski memu sercu. Mimo kilku lat przerwy – próbujemy. Warunkiem, który staramy się spełnić, jest zapewnienie tym razem finansowania na minimum 3 lata do przodu. Jesteśmy to winni kilkunastu tysiącom fanów tej imprezy.

Angie Stone i Omar na fesitwalu Pozytywne Wibracje w Białymstoku, 21 lipca 2012 r. (C) Fot. Archiwum STX Jamboree

MELOMANI ONLINE: Niedawno miałeś okazję oglądać wielkie święto jazzu, ale także innych rodzajów muzyki, jakim jest North Sea Jazz Festival w Rotterdamie. Ilość występujących tam wykonawców o światowej renomie może przyprawić o zawrót głowy. Co najbardziej utkwiło Ci w pamięci z tegorocznego festiwalu? 

STANISŁAW TRZCIŃSKI: Mógłbym rzucać nazwiskami i nazwami, ale to zajęłoby dużo miejsca. North Sea Jazz jest cały czas niewyobrażalnie dobrze obsadzanym programowo festiwalem. Pomieszanie wielkich gwiazd z najlepszymi i najgorętszymi nazwiskami artystów debiutujących z rozmaitych państw i kontynentów i z wielką reprezentacją artystów amerykańskich. Nie mogę jednak nie wymienić nazwiska, które cały świat pozna wkrótce dużo lepiej – Cory Henry. Zaczarował w tym roku publiczność podczas aż dwóch wstępów – najpierw z formacją The Funk Apostles, dzień później z Metropole Orchestra, a także w ramach jam session. W pamięci utkwiło mi także i to, co obserwuję każdego roku – dziesiątki tysięcy bezpretensjonalnych i uśmiechniętych fanów dobrej muzyki z całego świata. Klimat zupełnie inny niż na letnich festiwalach rockowych. Średnia wieku 40 lat. No i kilkanaście scen w wielu halach oraz mniejszych salach w kompleksie Ahoy Arena. Publiczność okazująca gigantyczny respekt dla artystów. Bardzo lubię tam jeździć, także dlatego, że coraz częściej spotykam tam swoich znajomych, których po częstokroć sam zachęciłem do tej naprawdę niezbyt kosztowej wyprawy. Mniej ważny, ale przyjemny, jest także dostęp do wysokiej klasy alkoholi i jedzenia rozmaitych kuchni świata. Wszystko to można w Rotterdamie konsumować także w miejscach koncertów. To zdecydowanie najważniejszy i najlepszy festiwal muzyczny na świecie, na jakim się pojawiam.

MELOMANI ONLINE: Prowadzisz wraz ze wspólnikiem agencję eventową STX Jamboree oraz posiadasz sam wytwórnię STX Records, która zajmuje się marketingiem muzycznym. Pisałeś na Facebooku, że ostatnio ta druga firma przeszła re-branding i nazywa się teraz STX Music Solutions. Co się kryje pod tym hasłem?

STX Music Solutions od czerwca 2017 roku stawia głównie na tzw. „music branding”, „sound design” i konsultacje muzyczne. Skupiam się dzisiaj na doradzaniu i strategicznych projektach dla klientów, którzy chcą używać muzyki, artystów i wydarzeń w komunikacji marek, produktów, usług i obiektów. W większym stopniu wykorzystuję też badania naukowe oraz używam wiedzy o nowych technologiach. Rozumiejąc, że fani muzyki często docierają do niej dzisiaj za pomocą urządzeń przenośnych, aplikacji, serwisów streamingowych i społecznościowych, gier itp. Planujemy także stosowanie najnowszych narzędzi np. trackvertisingu. Badania funkcjonowania ludzkiego mózgu ujawniają cenny dla marketerów mechanizm przenoszenia emocji odbiorców muzyki na markę, której towarzyszy. Muzyka odgrywa bardzo ważną rolę w życiu współczesnego człowieka. Prowadzę własne badania i pracę naukową w tym obszarze i zdecydowałem się wykorzystywać to w pracy zawodowej. Mało osób wie, że muzyka to jedna z najbardziej pożądanych treści w internecie, już w 2003 roku Larry Dossey udowodnił, że z ilością 102 mln stron prześcignęła zdrowie i religię. Podobnie jest z Facebookiem i Youtubem, gdzie muzyka króluje i nie ma w praktyce konkurencji. Chcę o tym mówić głośno i korzystać w pracy z klientami. Poza tym gościnnie prowadzę zajęcia ze studentami i jestem doktorantem Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Przygotowując rozprawę doktorską, badam także polskich konsumentów muzyki.

Będziemy jednak nadal angażować się w autorskie projekty medialne i w organizację wydarzeń koncertowych związanych z artystami, których sami lubimy. STX Music Solutions jest agencją, w której osobiście nadzoruję każdy projekt realizowany dla naszych klientów. Jako eksperci i praktycy – z wiedzą i doświadczeniem na styku świata biznesu i marketingu  ze światem muzyki i showbiznesu – jesteśmy partnerami i doradcami klientów, razem z którymi tworzymy wieloletnie strategie. Zajmujemy się także samą organizacją wydarzeń, sponsoringiem, angażowaniem artystów, doborem muzyki do obiektów oraz reklam telewizyjnych, dostarczaniem treści muzycznych dla platform cyfrowych, itp.

MELOMANI ONLINE: Druga z agencji, której jesteś współtwórcą – STX Jamboree – od 11 lat zajmuje się coroczną organizacją gali wręczenia najważniejszych chyba polskich nagród muzycznych – Fryderyków. A właściwie dwóch gal, gdyż nagrody w kategorii muzyki klasycznej przyznawane są – przynajmniej były w ub. r. – na osobnej ceremonii. Czy nie uważasz, że byłoby lepiej, gdyby całe środowisko muzyczne mogło spotkać się na jednej gali?

Ten projekt jest także bliski memu sercu, bo realnie wpływa na kondycję polskiego rynku muzycznego i przynosi wiele satysfakcji. Wydobyliśmy Fryderyki z powrotem do pierwszej ligi. Zaufał nam ZPAV, ale włożyliśmy w to też bardzo dużo pracy. Co więcej, w ostatnich latach nominowanymi i laureatami Fryderyków są coraz młodsi artyści, a ich poziom muzyczny jest bardzo wysoki.

Kiedy wraz z Pawłem Kwiatkowskim i STX Jamboree zaangażowaliśmy się we Fryderyki w 2007 roku, zależało nam ogromnie na oddaniu należytego szacunku środowisku muzyki poważnej i jazzowej. Przeszkodą jest transmisja telewizyjna części rozrywkowej, która wyklucza możliwość realizacji długiej gali z udziałem muzyki klasycznej. Stąd na początku naszej przygody z Fryderykami zadbaliśmy o prestiżową drugą galę, klasyczną i jazzową,  wraz z wozem transmisyjnym i emisją na żywo w kanale TVP Kultura. Tego samego dnia co muzyka rozrywkowa, ale trochę wcześniej. To dobrze funkcjonowało przez kilka lat. Później szef TVP2 zgodził się na próbę włączenia jazzu i chociaż części kategorii muzyki poważnej do transmisji wraz z rozrywką. Udawało się to przez kolejnych kilka lat, m.in. dzięki temu, że Akademia Fonograficzna znacząco zredukowała – na wzór innych europejskich nagród – ilość kategorii muzyki rozrywkowej i klasyki.  Wydawało się to  adekwatne do stanu i poziomu polskiego rynku muzycznego. Później jednak znów zwiększyła się nieznacznie ilość kategorii w obu gatunkach i telewizja nie chciała pokazywać klasyki. Zostaliśmy więc z rozrywką i  jazzem na antenie TVP2.

Od dwóch lat wraz ze ZPAV zdecydowaliśmy ponownie powalczyć o ważną część rynku muzycznego, jaką jest klasyka, stąd mamy dwie gale, w tym ta klasyczna odbywa się w Studiu im. Lutosławskiego. Z odpowiednią oprawą, koncertami i transmisją w Programie 2 Polskiego Radia. Na dzisiaj uważamy to za spory sukces. Oczywiście chcielibyśmy, żeby ta gala była transmitowana także w TVP Kultura lub internecie, ale nie mamy na tyle dużego budżetu, aby to zapewnić, a TVP nie jest w stanie nas wesprzeć.

Gregory Porter - Fryderyki 2017
Gregory Porter na gali Fryderyków 26 kwietnia 2017 r. w Teatrze Polskim w Warszawie.(c) Wszelkie prawa zastrzeżone. fot: www.sportografia.pl, www.stx-jamboree.pl

MELOMANI ONLINE: Przez wiele lat prowadziłeś audycje radiowe, m.in. w radiu PiN. Czy nie korci Cię, by wrócić do tej działalności i dzielić się ze słuchaczami muzyką, którą odkrywasz?

Oczywiście, że tak. Po ośmiu latach cotygodniowej, autorskiej i dwugodzinnej audycji Pinacolada w Radiu PiN bardzo ciężko było mi odzwyczaić się od radia. Dostawałem wtedy propozycje z mniejszych stacji, ale nie byłem na nie gotowy. Marzyło mi się własne radio, szczególnie po zlikwidowaniu PiN-u i naprawdę niewiele brakowało, by się to udało. To byłby murowany sukces.

Dzisiaj, oceniając nasz obecny rynek radiowy jako słuchacz i po wielu latach zawodowych doświadczeń, nie wyobrażam sobie swojej audycji gdziekolwiek indziej niż w Trójce lub w TOK FM. Mam jednak z tymi stacjami bardzo prozaiczny problem. Nie jestem tam wcale mile widziany, to znaczy nikt mnie nie zaprosił do takiej współpracy. W przypadku Trójki sytuację skomplikowały także zmiany polityczne.

Innym scenariuszem byłoby przeformatowanie innej, istniejącej stacji radiowej. Tutaj także byłem blisko porozumienia, jednak i z tego nic nie wyszło. Świat się nie zawali bez moich audycji radiowych. Jeżeli czegoś żałuję, to moich słuchaczy. Miałem ich średnio około 50 tysięcy. To naprawdę dużo. Otrzymuję nadal regularnie maile i wiadomości od kilkudziesięciu z nich. I także dla nich chciałbym kiedyś wrócić do radia.

Dzisiaj namiastką takiej działalności jest dla mnie tworzenie  autorskich playlist. Można je usłyszeć w Hali Koszyki. Trafiłem na odpowiedniego klienta, który dał mi wolną rękę w tworzeniu autorskiego programu muzycznego, budującego markę i wizerunek Hali. Muszę się pochwalić, że stworzyłem w Koszykach namiastkę radia bez mówienia. Muzyka zmienia się tam w zależności od pory dnia i dnia tygodnia – nie znam podobnego projektu w innych centrach handlowych, restauracjach i sklepach w Polsce. Zebrałem bazę prawie 2500 utworów. Jest to ilość, jaką mają małe i średnie stacje radiowe. W stu procentach to, czego sam chciałbym posłuchać, bez kompromisów.

Strona internetowa www. koszyki.com

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

W dzieciństwie było ich wiele, większość z domu rodzinnego np. Krystyna Prońko, Marek Grechuta, Marek i Wacek czy Earth, Wind & Fire. Ale prawdziwe olśnienie przyszło podczas świąt Bożego Narodzenia w 1984 roku, kiedy miałem 11 lat. Usłyszałem wtedy dwie płyty przegrane w USA na jedną wysokiej klasy kasetę magnetofonową. Została ona przesłana do nas do Polski na Ursynów dla mojego ówczesnego kolegi, małego Krzysia, przez jego ojca – Krzysztofa Krawczyka. Na stronie A znajdował się “Thriller” Michaela Jacksona, a na drugiej “Purple Rain” Prince’a. To było coś!

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Nie umiem wymienić jednego koncertu. Mam do nich nabożny stosunek. Pierwsze ważne koncerty to chyba Ewa Bem w Prochowni i VOX w Sali Kongresowej, gdy miałem 7 lat. Ale pierwszy poważny i zapamiętany na całe życie – to Pat Metheny na początku lat 80. w ramach Jazz Jamboree. Pamiętam, że grał utwory z płyty “Travels”. Na wszystkich wyżej wymienionych byłem z ojcem.

Kolejne ważne to już samodzielne odkrycia – np. seria koncertów na Rób Reggae w drugiej połowie lat 80. Dalej był Grzegorz Ciechowski jako Obywatel GC w Sali Kongresowej w 88 roku, dwa lata później seria wizyt w Piwnicy Pod Baranami i The Rolling Stones w 90 roku w Pradze. Następne w latach 90. to Red Hot Chilli Peppers w 92 roku w Berlinie, a także Beastie Boys w warszawskim Colosseum w 95 roku i ponownie Pat Metheny na trasie “Secret Story” na Torwarze. Chociaż i pierwszy koncert Massive Attack w Polsce w Sali Kongresowej był kultowy. Może U2 na Służewcu w 97 roku? Ponadto bezwzględnie dwa koncerty w 1998 roku – James Brown w Sopocie i Prince w Wembley Arena. Miło wspominam także doskonały koncert Lionela Richie w ramach Sopot Festival ’99.

W ostatnich 18 latach wymieniłbym np. dwa koncerty Arturo Sandovala, w Blue Note w Nowym Jorku i w warszawskim Palladium, kolejny Prince w Polsce w 2011 roku czy dwa koncerty D’Angelo rok temu. Ale także i wśród koncertów, które sam realizowałem lub współprodukowałem, było kilka magicznych. Wymienię tylko pierwsze koncerty w Polsce Macy Gray w 2005 i Woody’ego Allena z New Orleans Jazz Band w 2008, a z festiwalu Pozytywne Wibracje: Raphaela Saadiqa i Seala w 2011 roku. Wielkie wrażenie robi na mnie wiele koncertów muzyki poważnej w filharmoniach, niezapomniane są finały konkursów chopinowskich, na które się jakoś dostaję. Wiele koncertów z North Sea Jazz wymieniłbym jako te, które zrobiły na mnie największe wrażenie w ostatnich 3 latach, było ich jednak kilkadziesiąt. Zamiast tego wskażę taki, na którym płakałem – był to Stevie Wonder w listopadzie 2015 roku w Madison Square Garden w Nowym Jorku. Najgorsze, że na pewno o czymś zapomniałem.

Powiedziawszy to wszystko uzmysłowiłem sobie, że jest jeden koncert, który mógłbym wybrać jako jeden i najważniejszy. Był to 3,5-godzinny koncert będący dla mnie zamknięciem pewnej ważnej epoki w polskiej piosence, mianowicie dedykowany zmarłej Agnieszce Osieckiej “Zielono Mi” podczas festiwalu opolskiego w 1997 roku. Z udziałem ponad 20 znakomitych artystów. Wyreżyserowała go Magda Umer przy współpracy z moim ojcem. Płaczę zawsze, kiedy go słucham i oglądam. Nie, wcale nie wzruszam się tak łatwo! Kupiłem sobie DVD, co polecam każdemu – na Youtube nie ma całości, a nie warto oglądać go w szczątkowej formie. Jest to także pozycja obowiązkowa dla najmłodszego pokolenia.

Płyta, do której naczęściej powracam 

Muszę uchylić się od odpowiedzi. Nie wiem, jak mógłbym wymienić jedną płytę. To po prostu niemożliwe. Podpowiedź, jakich płyt słucham, znajduje się powyżej w odpowiedzi na pytanie o koncerty. Lubię np. nadal swoje składanki Pozytywne Wibracje. Inna sprawa, że słucham także innych gatunków. W ostatnich latach muzykę poważną. Skorzystam z okazji i pochwalę się, jaki zestaw płyt uważam za najcenniejszy w mojej kolekcji. Jest to box “The Complete Album Collection” zawierający 142 zremasterowane płyty w wykonaniu najwybitniejszego, moim zdaniem, pianisty świata – naszego rodaka – Artura Rubinsteina. Wracam do tych płyt regularnie i słucham ich namiętnie.

Najczęściej słucham muzyki… 

Samochód, praca w domu, telefon, wieczorna impreza. Często słucham z CD, rzadziej z radia, bardzo rzadko z winyli, coraz częściej na telefonie, także poprzez Tidal i Spotify. Okoliczności coraz mniej rozmaite. Kiedyś – w prawie każdych okolicznościach.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Urodziłem się i mieszkam w Warszawie. Niestety te ulubione miejsca już nie istnieją – Filtry, Remont, Piekarnia, stare Akwarium i Fabryka Trzciny. Zdarza mi się  jeszcze od czasu do czasu być w Między Nami i Dziku. Ale prawda jest taka, że nie mam dzisiaj takiego miejsca w moim mieście. No chyba, że mój dom.

Stanisław Trzciński na gali Fryderyków 2015 (c) www.sportografia.pl, www.stx-jamboree.pl

STANISŁAW TRZCIŃSKI – prezes zarządu i właściciel agencji STX Music Solutions, współwłaściciel agencji eventowej STX Jamboree. Od 2007 roku współorganizator gal wręczenia nagród Fryderyk. Zrealizował ponad sto koncertów artystów zagranicznych w Polsce. Współtwórca i producent festiwali muzycznych, m.in. Pozytywne Wibracje Festival. Wydawca serii płytowych m.in. Pozytywne Wibracje, Pieprz i Wanilia, Pinacolda i Sygnowano Fabryka Trzciny. Przez 8 lat (2004-2012) powadził autorską audycję w ogólnopolskim Radiu PIN. Dyrektor A&R w Universal Music Polska (1995-2000). Współtwórca legendarnego warszawskiego klubu Filtry (1992). Od ponad roku doktorant Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

Kinga A. Wojciechowska: Wierzę w rewolucję kulturalną w naszym kraju

MELOMANI ONLINE: Jest Pani redaktor naczelną poświęconego głównie muzyce magazynu „Presto”. Skąd wziął się pomysł na jego wydawanie? Do kogo jest adresowane?

Kinga A. Wojciechowska

Zdjęcie: Marek Relich / Presto

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Jestem redaktor naczelną, wydawcą i właścicielką. Nie chwalę się. Właściwie to dla mnie ciężar i odpowiedzialność. Presto to mój najważniejszy projekt, bo wierzę w rewolucję kulturalną w naszym kraju. Presto powstało, bo z naszej cechy narodowej, jaką jest narzekanie, uczyniłam cnotę. Ponarzekałam, ale zaraz po tym, jak postawiłam diagnozę – zaczęłam działać. Nie jestem muzykiem, ani muzykologiem – te studia zaczęłam, ale z premedytacją je przerwałam. Jestem miłośnikiem muzyki pięknej i dla takich osób, jak ja, wymyśliłam Presto. Jego podtytuł to: Muzyka Film Sztuka. Piszemy o muzyce klasycznej, współczesnej, filmowej. Rozmawiamy z artystami nie tylko o muzyce, o kolejnej wydanej płycie, ale także o sprawach ważnych w życiu każdego człowieka. Artysta to też człowiek, czasem trochę bardziej wrażliwy, ale dzięki temu wnikliwiej patrzy na świat. Dzięki rozmowom z artystami mogę lepiej ten świat rozumieć. Magazyn jest nowoczesny, piękny. Dbamy nie tylko o treść, ale i o formę, bo zależało mi na tym, żeby miłośnicy muzyki mogli o swojej pasji poczytać z przyjemnością. Zanim powstało Presto, nie było nowoczesnego, ciekawego i przystępnego magazynu o muzyce klasycznej. Presto wypełniło tę lukę.

MELOMANI ONLINE: 1 lipca rusza 17. edycja festiwalu Ogrody Muzyczne. Jak widzi Pani miejsce tego wydarzenia na koncertowej mapie Warszawy?

17. Festiwal Ogrody Muzyczne

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Ogrody Muzyczne to ważne wydarzenie. Proszę sobie wyobrazić festiwal, który trwa od 1 do 26 lipca – przez prawie cztery tygodnie! I codziennie wieczorem można wziąć udział w innym wydarzeniu: są projekcje filmów muzycznych, transmisje oper, baletów, koncertów – i to z jakich miejsc – z Metropolitan Opera, z Teatru Bolszoj, z Festiwalu Wielkanocnego w Salzburgu, są koncerty na żywo, zagraniczni goście, rozmowy z artystami i ważnymi osobami ze świata kultury. A to wszystko na barkach kilku osób decyzyjnych, kilkunastu osób obsługi technicznej. I to wszystko w najlepszej miejscówce w stolicy – na dziedzińcu Zamku Królewskiego. Ktoś to dobrze wymyślił 🙂 Kto? Ryszard Kubiak, Zygmunt Krauze i Barbara Pietkiewicz-Kraśko 17 lat temu. A 10 lat temu doszedł jeszcze aspekt zapraszania Gościa honorowego – kraju, który od 1 lipca obejmuje przewodnictwo w UE. Dzięki temu w Ogrodach w tym roku zabrzmi np. muzyka estońska.

MELOMANI ONLINE: Co Pani zdaniem można/warto zrobić, by na koncerty muzyki klasycznej przychodziło więcej młodych ludzi?

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Na koncerty muzyki klasycznej przychodzi dużo młodych ludzi, więcej w Polsce niż w Europie Zachodniej. Poważnie. Jeździłam trochę, rozmawiałam też z obcokrajowcami. To oni pytają nas, jak my to robimy, że tyle młodych osób przychodzi na koncerty muzyki klasycznej i współczesnej. Problemem jest nie to, że przychodzi mało młodych ludzi, ale że w ogóle mało ludzi słucha muzyki wysokiej jakości.

Dlaczego?
Organizatorzy koncertów i festiwali muzyki klasycznej często nie doceniają siły promocji, marketingu, nie idą z duchem czasu i nie korzystają z nowoczesnych sposobów komunikacji z odbiorcami. I nie chodzi tylko o narzędzia, ale o sposób ich wykorzystania. Bo nawet jeśli instytucja założy sobie fanpage w portalu społecznościowym, ale jej komunikacja będzie nudna i staroświecka, to młodych do siebie nie przyciągnie. Nikogo do siebie nie przyciągnie, nawet starych. A do tego artyści muzyki klasycznej bywają zachowawczy, ostrożni, introwertyczni. A tu potrzeba dokładnie odwrotnych zachowań, choć oczywiście trzeba utrzymać na nimi pełną kontrolę.

Jak to zrobić?
Podpatrywać działania takich artystów jak The Piano Guys, David Garrett, Il Divo, Andrea Bocelli. Oczywiście, nie zagwarantuje to sukcesu każdemu, ale jeśli chcemy podnosić poziom popkultury, to trzeba pamiętać, że inicjatywa jest po stronie artystów i animatorów kultury, nie po stronie tzw. szerokiego odbiorcy – on sięgnie po to, co ma najbliżej. Jeśli będzie to Doda i Zenek Martyniuk – tego będzie słuchał. Aha, argument, że jak ktoś będzie chciał poznać muzykę klasyczną, to sam trafi do filharmonii, nie przekonuje mnie. Sztuka wysoka ma tak wielką konkurencję ze strony sztuki popularnej i niskiej, że musi wykorzystywać nowoczesne narzędzia i język komunikacji i być dostępna (co nie oznacza, że za darmo!), żeby była zauważalna.

The Piano Guys

Okładka albumu The Piano Guys wydanego w 2012 r. (Sony Masterworks)

Co jeszcze trzeba zrobić?
Jeszcze trzeba namówić ludzi, żeby nie bali się uczestniczenia w sztuce, zanurzania się w niej, korzystania z dobrodziejstwa codziennego tworzenia czegoś. To mogą być bardzo drobne rzeczy. Pokolorowanie obrazka, zaśpiewanie piosenki. Chodzi o codzienny kontakt ze sztuką. Kiedyś było łatwiej, bo prawie wszystko robiło się wspólnie – kobiety wykonywały razem żmudne prace domowe, mężczyźni razem polowali, podróżowali, szli na wojnę. Sztuka, w szczególności muzyka, śpiew, były częścią codzienności. Dziś pralka za nas wypierze brudne ubranie, nie trzeba przy tym śpiewać. Wykonywanie sztuki samodzielnie to fanaberia i luksus, ale tym bardziej trzeba sobie na to pozwolić.

ANKIETA

Pierwsze wielkie olśnienie muzyczne

Było ich wiele: suita „Peer Gynt” E. Griega – wersja instrumentalna. Wszędzie szukałam potem jakiegoś łatwego opracowania na fortepian, a gdy już znalazłam, grałam w kółko, lekceważąc zalecenia nauczycielki, gamy i preludia Bacha. Eroica Beethovena, Wysocki, Okudżawa, Kaczmarski… Te olśnienia były silnie związane z muzycznymi zainteresowaniami rodziców.
Trochę później wielkim odkryciem byli Pink Floyd, Yes, cały rock symfoniczny. Do dziś pamiętam wieczorne słuchanie Time z „The Dark Side of The Moon” Floydów, w oknach trzęsły się szyby…

Koncert, jaki zrobił na mnie największe wrażenie

Kiedyś, w Filharmonii Narodowej wykonano trzy koncerty fortepianowe: Mozarta, Beethovena i Czajkowskiego. Grały trzy japońskie pianistki, z orkiestrą FN. Już nie pamiętam ich nazwisk, mam w głowie tylko muzykę i wielką flagę Japonii, bo Ambasada tego kraju była sponsorem koncertu. Pamiętam wielkie emocje, jakie obudziła we mnie ta muzyka. Wyszłam z koncertu prawie nieprzytomna.
Ponad rok temu ogromne wrażenie zrobiły na mnie „Pieśni szalonego króla”, wykonane w Auli UMFC w Warszawie – Maciej Nerkowski, oficjalnie baryton, ale raczej artysta, który głosem potrafi zaśpiewać i wyrazić wszystko, do tego genialny aktor – wykonał te pieśni tak, że skradł całe show świetnemu skądinąd zespołowi kameralnemu Hashtag Ensemble pod batutą Ignacego Zalewskiego.
A już całkiem niedawno, bo 29 czerwca tego roku, miałam okazję posłuchać koncertu, podczas którego wystąpili Joanna Kawalla, Leszek Lorent, Maciej Nerkowski, Dariusz Przybylski i Eunho Chang. To był koncert od mistycznych inspiracji Aleksandra Kościowa i Arvo Parta do intensywności Ignacego Zalewskiego i Iannisa Xennakisa. Jeden koncert, a jak mały festiwal muzyki współczesnej. Genialne!

Płyta, do której naczęściej powracam

Nie mam jednej płyty, do której wracam. Może myślami – do tych pierwszych – wspomnianego już Peer Gynta, do Eroiki i wszystkich pozostałych symfonii Beethovena, tu w szczególności w nagraniach z Furtwanglerem jako dyrygentem, koncertu fortepianowego Piotra Czajkowskiego… Czasowo za to zachwycam się – a to współczesnymi kompozycjami na historyczny klawesyn w wykonaniu Aliny Ratkowskiej, a to barokowymi odkryciami z Biblioteki Gdańskiej, nagranymi przez Andrzeja Szadejkę i jego zespół albo – płytami z muzyką na instrumenty perkusyjne w wykonaniu Leszka Lorenta. Ostatnio z zaciekawieniem odkrywam poszczególne kompozycje na „One minute” – płycie flecistki Iwony Glinki, która wykonuje 60 jednominutowych utworów napisanych przez kompozytorów z całego świata. I czekam na „Two minutes” – 30 utworów dwuminutowych w duecie.

Najczęściej słucham muzyki…

Muzykę niestety słychać wszędzie, ciągle, dudni w uszach nieproszona. Tej, którą lubię, staram się słuchać głównie na żywo. Często słucham też w domu, z odtwarzacza, z płyty. Ale jeszcze częściej zdarza mi się najpierw posłuchać  czegoś z laptopa, z internetu – ot, znak czasów.

Ulubione miejsce związane z muzyką

Głogówek, szczególnie tamtejszy kościół barokowy. Jak tam brzmią zorkiestrowane walce Chopina! Albo Piąta Beethovena! Albo mistrzowskie wykonania muzyki sakralnej na organach.

W Warszawie ciekawym nowym miejscem na mapie muzycznej jest Nowy Świat Muzyki, na rogu ulic Świętokrzyska i Nowy Świat. Trochę starszym miejscem jest Teatr Stanisławowski w Łazienkach, to miejsce też bardzo lubię. I dla kontrastu – koncerty plenerowe, podczas których można siedzieć na trawie i delektować się muzyką w nieformalnym stroju, czasem wręcz przypadkowo natykając się na wydarzenie muzyczne.

Kinga Anna Wojciechowska- Roxy Photography / Presto

Zdjęcie: Roxy Photography / Presto

Kinga A. Wojciechowska
Właścicielka i redaktor naczelna magazynu „Presto. Muzyka Film Sztuka”. Absolwentka SGH, studiowała muzykologię na Uniwersytecie Warszawskim. W 2011 roku stworzyła jedyny w Polsce nowoczesny kwartalnik o muzyce klasycznej, filmowej, współczesnej i sztukach wizualnych. Prowadzi koncerty, warsztaty dziennikarskie i spotkania ze sztuką dla dzieci.
Presto to także portal prostoomuzyce.pl, społeczność na Facebooku i Instagramie, projekty edukacyjne, happeningi. To platforma do rozmów o sztuce i działań na rzecz promowania kultury wysokiej i twórczego życia.